Od dwóch miesięcy ruch „żółtych kamizelek” trzęsie Francją i niewiele wskazuje, aby protesty miały wygasnąć. Na Węgrzech z kolei trwają demonstracje przeciwko tzw. ustawie niewolniczej (górną granicę godzin nadliczbowych zwiększono z 250 do 400 w ciągu roku; czas wypłacenia pieniędzy za nie wydłużono z roku do trzech lat). Co bardziej brawurowi komentatorzy dopatrują się w tych wydarzeniach oznak przesilenia na większą skalę.

Na najbardziej ogólnym poziomie te protesty są oczywiście oznaką zbiorowego rozczarowania rządami oraz frustracji wobec prowadzonej przez nie polityki. W państwach demokratycznych, a nawet tych już nie do końca demokratycznych, jak Węgry czy Polska, manifestacje na ogół stanowią zwyczajową formę wyrażania przez obywateli żądań i obaw pomiędzy wyborami oraz poza innymi tradycyjnymi kanałami politycznymi.

Ale…

Jednak są głębokie różnice między tym, co się dzieje we Francji, a wydarzeniami na Węgrzech. Bo o ile protestujący Francuzi czy Belgowie mają duże możliwości wyrażania niezadowolenia za pośrednictwem innych zinstytucjonalizowanych mechanizmów, o tyle Węgrzy są teraz pozbawieni takich możliwości. Oni nie mają już praktycznie innych opcji oprócz wyjścia na ulice. Większość tamtejszych mediów została podporządkowana rządowi. Premier Viktor Orbán skutecznie poddał ściślejszej kontroli sądy oraz znaczną część sektora pozarządowego. Z kolei sporą częścią prywatnego biznesu nadzoruje za pośrednictwem swoich kolesi. Węgierskiemu społeczeństwu obywatelskiemu założono kaganiec. W normalnej, dojrzałej demokracji nawet gwałtowne protesty uliczne mogą dać zdrowe ujście społecznym frustracjom. W szczególności nieposłuszeństwo obywatelskie ma swoją długą i bogatą tradycję w europejskiej historii.

Nasze najbliższe skojarzenie to jednak nie względnie pokojowy ruch praw obywatelskich w USA, ale raczej zamieszki na Zachodzie w 1968 r.

Jasne, tamta rewolta była znacznie bardziej burzliwa i brutalna niż bunt, który obserwujemy. Z dzisiejszej perspektywy trzeba przyznać, że zamieszki z końca lat 60. przyspieszyły procesy równouprawnienia kobiet czy innych mniejszości oraz społeczną akceptację dla tych nowych porządków. Demokracje powinny umieć absorbować społeczne niezadowolenie i wyciągać z niego wnioski. Pytanie, czy dziś nadal potrafią to robić. Prawdziwy problem pojawia się wówczas, gdy poza fasadowymi wyborami wyjście na ulice staje się jedyną dostępną opcją wyrażenia gniewu i niezadowolenia, tak jak na Węgrzech. W takiej sytuacji zwiększa się prawdopodobieństwo, że tam manifestacje łatwiej mogłyby wymknąć się spod kontroli.

>>> CAŁY TEKST PRZECZYTASZ W MAGAZYNIE DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ