Demonstrują, bo inaczej już nie można

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
6 stycznia 2019, 07:39
Protest żółtych kamizelek
Protest żółtych kamizelek/ShutterStock
Tak gwałtowny wybuch jest oznaką coraz słabszej zdolności rządów na Zachodzie do reagowania na problemy społeczeństw.
4049918-sheri-berman-profesor-nauk-politycznych.jpg
Sheri Berman profesor nauk politycznych w Barnard College na Uniwersytecie Columbii. Autorka książek „The Primacy of Politics: Social Democracy and the Making of Europe’s Twentieth Century” i „The Social Democratic Moment: Ideas and Politics in the Making of Interwar Europe”. W tym roku ukaże się jej nowa praca „Democracy and Dictatorship: From the Ancien Regime to the Present Day” fot. Martin Bentsen/Materiały prasowe

Na najbardziej ogólnym poziomie te protesty są oczywiście oznaką zbiorowego rozczarowania rządami oraz frustracji wobec prowadzonej przez nie polityki. W państwach demokratycznych, a nawet tych już nie do końca demokratycznych, jak Węgry czy Polska, manifestacje na ogół stanowią zwyczajową formę wyrażania przez obywateli żądań i obaw pomiędzy wyborami oraz poza innymi tradycyjnymi kanałami politycznymi.

Jednak są głębokie różnice między tym, co się dzieje we Francji, a wydarzeniami na Węgrzech. Bo o ile protestujący Francuzi czy Belgowie mają duże możliwości wyrażania niezadowolenia za pośrednictwem innych zinstytucjonalizowanych mechanizmów, o tyle Węgrzy są teraz pozbawieni takich możliwości. Oni nie mają już praktycznie innych opcji oprócz wyjścia na ulice. Większość tamtejszych mediów została podporządkowana rządowi. Premier Viktor Orbán skutecznie poddał ściślejszej kontroli sądy oraz znaczną część sektora pozarządowego. Z kolei sporą częścią prywatnego biznesu nadzoruje za pośrednictwem swoich kolesi. Węgierskiemu społeczeństwu obywatelskiemu założono kaganiec. W normalnej, dojrzałej demokracji nawet gwałtowne protesty uliczne mogą dać zdrowe ujście społecznym frustracjom. W szczególności nieposłuszeństwo obywatelskie ma swoją długą i bogatą tradycję w europejskiej historii.

Jasne, tamta rewolta była znacznie bardziej burzliwa i brutalna niż bunt, który obserwujemy. Z dzisiejszej perspektywy trzeba przyznać, że zamieszki z końca lat 60. przyspieszyły procesy równouprawnienia kobiet czy innych mniejszości oraz społeczną akceptację dla tych nowych porządków. Demokracje powinny umieć absorbować społeczne niezadowolenie i wyciągać z niego wnioski. Pytanie, czy dziś nadal potrafią to robić. Prawdziwy problem pojawia się wówczas, gdy poza fasadowymi wyborami wyjście na ulice staje się jedyną dostępną opcją wyrażenia gniewu i niezadowolenia, tak jak na Węgrzech. W takiej sytuacji zwiększa się prawdopodobieństwo, że tam manifestacje łatwiej mogłyby wymknąć się spod kontroli.

>>> CAŁY TEKST PRZECZYTASZ W MAGAZYNIE DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj