Perspektywa wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, czy też – mówiąc precyzyjniej – całego rozciągniętego w czasie procesu wychodzenia, jest dziś bardziej niejasna niż dwa i pół roku temu, zaraz po brytyjskim referendum. Niepewność robi się coraz większa zamiast maleć.

Wydawać by się mogło, że każde kolejne polityczne rozstrzygnięcie, takie jak kluczowe głosowanie w brytyjskim parlamencie powinno coś rozjaśniać i dzięki temu zmniejszać poziom niewiedzy, ale tak się nie dzieje. Dziś nadal żadna brytyjska firma nie wie, w jakim otoczeniu prawnym i biznesowym będzie funkcjonować za pięć lat, za rok, a nawet za trzy miesiące. Nie sposób w takiej sytuacji podejmować kluczowych decyzji dotyczących chociażby inwestycji, które powinny pchać brytyjski PKB w górę.

Globalne banki inwestycyjne jeden po drugim produkują dla swoich zamożnych klientów diagramy, rozpiski i wykresy tego, co się może zdarzyć po odrzuceniu porozumienia rządu Theresy May z Unią Europejską. Możliwych scenariuszy jest pięć lub sześć, ale nikt nie przyznaje żadnemu z nich więcej niż 25 proc. szans na realizację. Czyli wciąż wszystko jest możliwe – zarówno hard brexit bez żadnego porozumienia z Brukselą, jak i całkowity brak brexitu, albo jako efekt drugiego referendum, albo jako efekt odsunięcia w czasie daty wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii. Odsunięcia takiego na czas nieokreślony. Tego przecież także nikt nie może wykluczyć.

>>> Czytaj też: Nie będzie nowych negocjacji ws. brexitu. "Piłka jest po stronie brytyjskiej"

Swoją drogą dziś wydaje się, że taki scenariusz, przynajmniej z punktu widzenia globalnych inwestorów i rynków finansowych, byłby optymalny. W takim wariancie nadal oczywiście niepewność jest istotna, ale przynajmniej nie rośnie, a po drugie taki scenariusz raczej wyklucza tę najbardziej ryzykowną opcję, czyli brexit bez porozumienia – można wtedy negocjować aż do skutku. To również scenariusz stosunkowo łatwy do osiągnięcia politycznie, bo pozwala każdemu jakoś się wytłumaczyć przed wyborcami – nikt się nie wycofuje z brexitu, wciąż politycy do niego dążą, ale de facto do niego nie dochodzi. Dokładnie na tej samej zasadzie, według której Polska od 2004 r. oficjalnie zmierza w stronę wejścia do strefy euro, bo zobowiązuje ją do tego unijny traktat, ale de facto wszyscy wiedzą, że rzeczywistość jest inna i raczej nikomu to zbyt mocno nie przeszkadza.

W przypadku brexitu taki wariant z pewnością byłby mniejszym złem. Problem w tym, że dziś nie widać dla Wielkiej Brytanii scenariusza naprawdę dobrego. Są tylko złe i gorsze.

Dwa lata temu Wielka Brytania była zdecydowanie najbardziej dynamiczną i najszybciej rosnącą gospodarką w grupie G7. Dziś jest najwolniejszą. Gdyby w ciągu ostatnich dwóch lat nadal rosła w tempie najszybszym, dziś byłaby o kilka procent większa. Różnica między stanem faktycznym a miejscem, w którym mogłaby się znajdować gospodarczo, ale przez brexit nie jest, to realna strata dla obywateli. Ta strata w kolejnych latach będzie narastać. Rozstrzygnięcia dotyczące stylu i warunków, które będą towarzyszyć brexitowi, będą miały wpływ tylko na tempo powiększania się tej straty, ale nie będą mogły w najbliższych latach jej odwrócić.

Londyn jest jedynym miastem wśród tych największych w Europie, w którym ceny nieruchomości spadają i są niższe niż dwa lata temu. Dotyczy to zresztą także cen nieruchomości w innych miastach Anglii czy Szkocji. Spadają także czynsze dla najemców – oczywisty sygnał, że jest ich coraz mniej. Spora część przemysłu finansowego wyprowadza się z londyńskiego City na kontynent, zabierając z sobą aktywa warte setki miliardów dolarów.

Na Wyspy przestali napływać nowi imigranci, co sprawia, że sytuacja na tamtejszym rynku pracy staje się powoli coraz trudniejsza, co również utrudnia wzrost gospodarczy. Imigrantom trudno się dziwić – nie są w stanie przewidzieć, jaki będzie ich status za kilka lat, czy nawet za kilka miesięcy.

Istnieje też na rynkach finansowych jeszcze jeden scenariusz porównujący obecną sytuację w Londynie do tej w Stanach Zjednoczonych miesiąc po bankructwie Lehman Brothers. Wtedy amerykański Kongres początkowo odrzucił ustawę ratującą na koszt podatnika amerykańskie banki, następnie giełda wpadła w prawdziwą panikę, a wówczas politycy wystraszeni obrotem sprawy zebrali się jeszcze raz i ustawę z drobnymi poprawkami przyjęli, co uchroniło USA przed jeszcze większą katastrofą.

Na tej samej zasadzie: teraz brytyjscy politycy odrzucili deal z Brukselą, następnie rynek finansowy wpada w prawdziwą panikę, po czym panikować zaczynają politycy, zbierają się drugi raz i deal z Brukselą jednak uchwalają. Rynek finansowy czasami lubi myśleć, że jest w stanie szantażować i zmuszać polityków do konkretnych politycznych decyzji. Czasami faktycznie tak się dzieje, ale z pewnością nie jest to regułą. Ten scenariusz trzeba chyba na razie traktować jako czystą ciekawostkę.

Brytyjski funt na porażkę Theresy May nie zareagował osłabieniem, rynki finansowe zachowują spokój. Możliwe, że doszły do wniosku, że paradoksalnie nic się nie zmieniło. Dalej nic nie wiadomo. 

>>> Czytaj więcej: Umowa ws. brexitu odrzucona, co teraz? Wyjście z UE bez umowy przeraża wszystkich