Gazociąg Nord Stream 2 powstaje na dnie Bałtyku za pieniądze Gazpromu i konsorcjum firm energetycznych z Austrii, Francji, Holandii, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Planowo ma zostać oddany do użytku pod koniec 2019 r., ale emocje, przede wszystkim w Polsce i na Ukrainie, rozpala od lat.

Z powodu gazu, który popłynie rurami NS2 do Niemiec, Gazprom będzie mógł znacznie ograniczyć przesyły wykonywane do krajów UE gazociągiem Jamał, który przebiega przez Białoruś i Polskę, oraz gazociągiem Przyjaźń, który biegnie przez Ukrainę. W szczególności Kijów boi się, że utrata funkcji państwa tranzytowego narazi kraj na straty finansowe i kolejne akty agresji ze strony Rosji.

Zielone światło od rządu

– To nie jest projekt rządowy i dlatego niemiecki rząd nie może go zatrzymać – uważa Christoph von Marschall, dziennikarz „Tagesspiegel”, który od 30 lat zajmuje się sprawami międzynarodowymi. Von Marschall zwraca uwagę, że choć teraz nie podkreśla się politycznego wymiaru projektu, to rząd socjaldemokratów zapalił mu zielone światło.

– Angela Merkel po przejęciu władzy obiecała nie stwarzać problemów, choć w jej ugrupowaniu wielu prominentnych członków sprzeciwia się projektowi – tłumaczy publicysta. Von Marschall wielokrotnie krytykował ideę gazociągu w swoich tekstach. Mimo to w rozmowie z DGP mówi, że projekt z pewnością zostanie zakończony.

Budowę gazociągu popiera 73 proc. ankietowanych Niemców.

Podobnie uważa Jacopo Maria Pepe, analityk Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej. – Nie sądzę, aby rząd federalny, nawet gdyby chciał, mógł w tej chwili coś zrobić – przekonywał ekspert energetyczny na falach radia Detektor.fm. Krytyka gazociągu zaczęła się szerzej pojawiać w niemieckich mediach po niedawnym incydencie na Morzu Czarnym. 25 listopada 2018 r. rosyjskie służby graniczne zaatakowały trzy ukraińskie okręty wojenne i zatrzymały ich załogę. Relacja między agresywną polityką Kremla wobec Ukrainy a budową kolejnego gazociągu do spółki z Gazpromem trafiła wówczas do najpopularniejszego politycznego talk-show Anne Will.

Pogróżki ambasadora

Do zablokowania projektu zaczęły namawiać piórem swoich publicystów renomowane dzienniki. „Budowa musi zostać pilnie wstrzymana” – pisał Reinhard Veser we „Franfurter Allgemeine Zeitung”. Monachijski „Süddeutsche Zeitung” opublikował tekst pod tytułem „Rurociąg Putina”, w którym Daniel Brössler podkreślał centralne znaczenie budowy NS2 dla sytuacji w Europie i przyszłości Ukrainy. Także Brössler dowodził jednak, że cała ta dyskusja jest już znacznie spóźniona. W tym roku sprawa gazociągu powróciła na pierwsze strony gazet za sprawą interwencji ambasadora USA w Berlinie Richarda Grenella.

Dyplomata, który od objęcia stanowiska nie żałuje niemieckiemu rządowi krytyki, wysłał do firm zaangażowanych w budowę NS2 list, w którym zagroził sankcjami ekonomicznymi, jeśli budowa nie zostanie wstrzymana.

Pogróżki zostały źle odebrane przez niemieckie społeczeństwo. Z badań, które sondażownia Forsa przeprowadziła pod koniec ubiegłego tygodnia, wynika, że aż 91 proc. ankietowanych uznało działanie ambasadora za nieodpowiednie. Budowę gazociągu nadal popiera 73 proc. ankietowanych. 77 proc. zgodziło się, że groźby prezydenta Donalda Trumpa i jego ambasadora mają na celu przekonanie Niemców do kupna amerykańskiego gazu LNG.

Niemcy bez atomu

– Już nikt temu nie zapobiegnie – wyraził swoją opinię minister spraw zagranicznych Haiko Maas.

Maas przyznał w wywiadzie dla niemieckiej agencji prasowej DPA, że ze względu na ewentualne sankcje wycofają się najwyżej niemieckie firmy, ale i to nie powstrzyma innych zaangażowanych podmiotów przed dokończeniem budowy.

– Rząd federalny nie będzie interweniować w proces budowy, ponieważ nie ma do tego podstaw prawnych – poinformował z kolei Peter Altmaier, minister gospodarki i energii w rządzie Angeli Merkel, w niedzielnym wywiadzie dla dziennika ekonomicznego „Handelsblatt”.

Dla Altmaiera projekt jest szczególnie ważny. Na ministerstwie gospodarki i energii spoczywa w dużym stopniu odpowiedzialność za przebieg transformacji energetycznej (Energiewende). Już za parę lat wyłączone zostaną niemieckie reaktory atomowe, z których obecnie pochodzi 13 proc. produkcji prądu. Niemcy chcą też zmniejszać ilość prądu wytwarzanego z elektrowni węglowych (obecnie to ok. 35 proc.). Ponieważ produkcja energii elektrycznej będzie w coraz większym stopniu zależeć od odnawialnych źródeł energii, gdzie przesył uzależniony jest od warunków atmosferycznych, energochłonny przemysł RFN potrzebuje alternatywy w postaci gazu.

Zdając sobie sprawę z narastających kontrowersji wokół projektu, Niemcy starają się załagodzić sytuację, broniąc po części interesów Ukrainy. Altmaier w wywiadzie przekonywał, że nawet po ukończeniu budowy NS2 Ukraina musi pozostać krajem tranzytowym i że jest to przedmiotem rozmów prowadzonych przez niego zarówno w Moskwie, jak i Kijowie.

Berlin zapowiada także próbę załagodzenia stosunków z USA. Altmaier otwierając we wtorek szczyt energetyczny w Berlinie, ponowił chęć inwestycji w budowę terminali LNG i zapowiedział wykonanie „gestu wobec amerykańskich przyjaciół”.

>>> Czytaj też: Czy USA mogą jeszcze powstrzymać Chiny? Oto 3 lekcje z czasów zimnej wojny

Dwie dekady sporów o rury pod Bałtykiem

Obecnie budowany Nord Stream 2 to kolejna część projektu, w którym bierze udział Gazprom, posiadający 51 proc. akcji, oraz europejskie firmy energetyczne. Pomysł na przesył rosyjskiego gazu bezpośrednio do Niemiec pojawił się w trakcie rządów socjaldemokraty Gerharda Schrödera na początku ubiegłej dekady. Lider SPD utrzymujący bliskie stosunki z prezydentem Rosji Władimirem Putinem doprowadził do podpisania umowy o powstaniu gazociągu na dwa tygodnie przed wyborami jesienią 2005 r., w wyniku których utracił fotel kanclerski. Mandat do sprawowania władzy przejęli chadecy. Angela Merkel zdecydowała się na koalicję z socjaldemokratami i nie cofnęła politycznej decyzji o budowie gazociągu.

Gerhard Schröder po wycofaniu się z niemieckiej polityki szybko otrzymał prominentną funkcję przewodniczącego komitetu akcjonariuszy konsorcjum Nord Stream AG, które powołano do budowy gazociągu. – Polska jest szczególnie wrażliwa na punkcie korytarzy i porozumień ponad naszymi głowami – komentował niemiecko-rosyjskie plany w 2006 r. Radosław Sikorski, wówczas minister obrony narodowej w rządzie Prawa i Sprawiedliwości. Sikorski sformułował wtedy słynne porównanie gazociągu Nord Stream do paktu Ribbentrop–Mołotow.

Mimo zabiegów czynionych przez Polskę budowa pierwszej nitki Nord Stream rozpoczęła się w kwietniu 2010 r. Prace zakończono w czerwcu 2011 r. Rury ułożone na dnie Bałtyku biegną z rosyjskiego Wyborga w kierunku niemieckiego Lubmina. Na uroczyste odkręcenie kurka przybyli wówczas przywódcy wszystkich zaangażowanych w projekt państw: kanclerz Angela Merkel, rosyjski prezydent Dmitrij Miedwiediew, premierzy Francji François Fillon i Holandii Mark Rutte. Istniejącym już gazociągiem Gazprom może dostarczać do niemieckich wybrzeży do 55 mld m sześc. gazu rocznie.

Porozumienie w sprawie budowy Nord Stream 2 zostało podpisane w 2015 r. Połączenie ma mieć podobne możliwości przesyłowe do już istniejącego na tej linii gazociągu. W tym przypadku krajem najgłośniej krytykującym plany budowy nowych rur jest Ukraina. Kraj od czasu aneksji Krymu i rozpoczęcia hybrydowego konfliktu w Zagłębiu Donieckim znajduje się w stanie niewypowiedzianej wojny z Rosją. Władze ukraińskie obawiają się, że dalsze zwiększenie możliwości przesyłowych gazociągów bałtyckich może skłonić Kreml, który w pełni kontroluje działania Gazpromu, do rezygnacji z tranzytu gazu rurociągiem Przyjaźń, który przebiega przez terytorium Ukrainy.

>>> Czytaj też: KE sypnie pieniędzmi na polsko-duński gazociąg. Baltic Pipe z 215 mln euro dofinansowania