W sensie nominalnym jest bardzo drogi. 500+ na pierwsze dziecko, trzynasta emerytura, którą polityczni PR-owcy już nazywają Emeryturą plus, obniżka kosztów pracy czy PKS bis, w tym roku pochłoną nawet 1 proc. PKB, czyli jakieś 20 mld zł.

W kolejnych latach, jeśli wszystkie obietnice będą realizowane, może to być nawet dwukrotnie wyższa kwota, co przyznał sam Morawiecki. Tandetność planu polega na tym, że politycy znów poszli po linii najmniejszego oporu i zaprzepaszczają kolejną szansę na zrobienie czegoś sensownego. Jeśli bowiem uwierzyć premierowi, że możemy sobie pozwolić na działania, których koszt sięgnie 40 mld zł, to znaczy, że obietnice PiS trudno określić inaczej niż jako rozczarowanie.

Przez ostatni rok byliśmy mamieni wypowiedziami i płynącym z otoczenia premiera sygnałami, że koniec już z prostym socjałem i czas zmierzyć się z realnymi problemami: klinem podatkowym, deficytem pracowników, brakiem progresji w systemie podatkowym, wciąż zbyt niską aktywnością zawodową. Ale znów postawiono na prosty transfer pieniędzy bez żadnego uzasadnienia, dlaczego mają iść akurat do tych, anie innych grup społecznych.

Niewielkie podniesienie kosztów uzyskania przychodu czy symboliczna obniżka PIT nie będą odpowiedzią, lecz prostą zagrywką pod publiczkę – myślimy też o ludziach pracujących. Biorąc pod uwagę mizerny efekt w kieszeni pracujących, rządzący ledwie ich zauważają.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.