Wzrost wysokości należności wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych najbardziej odbije się na małych firmach – ostrzegają eksperci
W przyszłym roku przedsiębiorców czeka znaczny wzrost wysokości składek na ubezpieczenia społeczne. Jak wynika z przedstawionych przez rząd prognoz makroekonomicznych zawartych w założeniach projektu budżetu państwa na 2020 r., przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej ma wynieść w przyszłym roku 5227 zł. 60 proc. tej kwoty będzie podstawą wymiaru składek płaconych przez przedsiębiorców niekorzystających z żadnych preferencji. Wyjątkiem jest składka zdrowotna, której podstawę wymiaru poznamy dopiero w styczniu przyszłego roku.
Obecnie ogółem ubezpieczeniu podlega 15,7 mln osób, z czego 1,57 mln opłaca składki z tytułu prowadzonej działalności gospodarczej. W tej grupie aż 1,2 mln osób płaci je w wysokości 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia.
– Konsekwencją takich założeń rządu będzie wzrost składek, i to naprawdę duży. Procentowo największy od 2013 r., licząc rok do roku – mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Mali odczują najbardziej

– Najmocniej odczują tę zmianę firmy, które nie korzystają z preferencji, a prowadzą działalność na małą skalę – mówi Łukasz Kozłowski.
Dodaje, że dla pracowników podwyżka składek nie będzie miała aż takiego znaczenia.
Ekspert uważa, że tak duży wzrost nie znajduje odzwierciedlenia w sytuacji makroekonomicznej, bo nawet założenia samego rządu pokazują, że wzrost gospodarczy będzie w kolejnych latach wolniejszy.
– Pamiętajmy, że nasz system jest tak skonstruowany, że takie same składki płaci każdy bez względu na to, czy jest słaby, czy mocny ekonomicznie – wyjaśnia Kozłowski.
Potwierdza to reakcja Doroty Wandy Wolickiej, małego przedsiębiorcy z Wrocławia. – To dramat. Nie mam możliwości skorzystania z żadnej z obowiązujących ulg, więc muszę płacić pełne składki. Ich wzrost może spowodować poważne problemy w mojej firmie – nie ukrywa zdenerwowania.
Kobieta podkreśla, że stosowanie tych samych kryteriów do wszystkich osób prowadzących działalność jest niesprawiedliwe.
– Jeśli składki przekroczą 2 tys. zł, będę miała poważne problemy z ich zapłaceniem. Nie mogę w nieskończoność podnosić cen, bo muszę się liczyć z możliwościami finansowymi moich klientów – dodaje Dorota Wanda Wolicka.

Nowe mechanizmy

– Zmian wymaga sam mechanizm obliczania wysokości składek. Powinno się to robić na podstawie danych z GUS, a nie prognoz rządu. Na dłuższą metę wzrost składek byłby podobny, ale nie podlegałby tak dużym wahaniom – uważa Łukasz Kozłowski.
Jeszcze dalej idzie Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców. W jego ocenie obecny system opłacania składek jest patologiczny.
– Dochodzi do takich sytuacji, że ZUS zabiera mieszkanie zadłużonemu przedsiębiorcy tylko po to, aby wpłacić mu na konto emerytalne brakujące składki. A do czasu przejścia na emeryturę wysyła taką osobę pod most – twierdzi Abramowicz.
Proponuje, żeby jak najszybciej przeprowadzić reformę zryczałtowanego ZUS.
– Najlepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie na wzór Niemiec dobrowolnego ZUS dla przedsiębiorców. Z takiego rozwiązania skorzystałoby około 50 proc. prowadzących działalność – mówi Abramowicz.
Według niego korzystnym rozwiązaniem dla firm może być też wprowadzenie proporcjonalnej składki uzależnionej od dochodu.
– Ja bym tak daleko nie szedł – zastrzega Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. I dodaje: – Wystarczy poprawić mały ZUS, żeby mogło z niego skorzystać więcej osób. I przedłużyć do końca stycznia możliwość składania wniosków o skorzystanie z takiej formy opłacania składek.
Emocje studzi dr Tomasz Lasocki z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.
– Rząd przez ostatnie lata nie zaokrąglał prognozowanego miesięcznego wynagrodzenia na swoją korzyść. Jego przewidywania opierały się na rzetelnych analizach – wyjaśnia.
Tłumaczy, że jeśli weźmie się pod uwagę cały system zniżek dla przedsiębiorców, okaże się, że taki model obliczania składek nie jest wcale dla nich niekorzystny.
– Uważam wręcz, że płacą oni za niskie składki, ponieważ później będą musieli korzystać z dopłat do minimalnej emerytury – mówi ekspert.
Według niego mankamentem polskiego systemu jest to, że nie dostrzega różnic w wielkości przedsiębiorcy ani branży i bierze pod uwagę tylko wysokość przychodów.

Inne kryteria

Na podobną kwestię zwraca uwagę Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu i ekspert Konfederacji Lewiatan.
– Danina opłacana na rzecz ZUS powinna być ustalana na podstawie zróżnicowanych kryteriów. Przy jej wyliczaniu powinny być brane pod uwagę branża, wielkość firmy i jej lokalizacja. Nie można porównywać małej, jednoosobowej firmy działającej w niewielkiej miejscowości z przedsiębiorcą prowadzącym dużą firmę w stolicy – wyjaśnia.
Jego zdaniem najlepszym rozwiązaniem jest stworzenie na wzór zachodni systemu umożliwiającego płacenie składek od rzeczywistego dochodu konkretnej osoby.
– Skończą się wtedy problemy związane z zaległościami w opłacaniu daniny na rzecz ZUS – uważa ekspert.
Związkowcy zwracają z kolei uwagę, że prowadzący działalność gospodarczą korzystają ze zbyt dużej liczby ulg.
– Tworzenie skomplikowanego systemu preferencji jest złym rozwiązaniem, bo psuje system. Dlatego powinien zostać stworzony spójny schemat oparty na dwóch filarach. Po pierwsze, wszystkie przychody z pracy powinny być oskładkowane. Po drugie, składka powinna być proporcjonalna do dochodu. Wtedy nie byłoby problemów w przypadku zwiększania się przeciętnego wynagrodzenia – podkreśla Bogdan Grzybowski, dyrektor wydziału polityki społecznej OPZZ, członek Rady Nadzorczej ZUS. ©℗

>>> Polecamy: Młodzi się cieszą, samorządy płaczą. Ulga stworzy wyrwę w budżecie