Czy amerykańscy politycy w latach 90. i na początku XXI wieku naprawdę wierzyli, że rozwój handlu z Chinami przyczyni się do demokratyzacji Państwa Środka? Niektórzy z czołowych badaczy i obserwatorów Chin w USA twierdzą, że nie – amerykańscy politycy nigdy nie brali na poważnie argumentu o pozytywnym wpływie handlu na demokrację. Choć badacze ci zasługują na uznanie za to, że przyczyniają się do zmiany konwencjonalnych przekonań, to ich argumenty ostatecznie nie są przekonujące oraz nie pomagają w zrozumieniu współczesnej polityki Waszyngtonu wobec Chin.

Typowa narracja wśród osób zajmujących się polityką USA brzmi mniej więcej tak: po zakończeniu zimnej wojny Waszyngton podkreślał i stawiał na gospodarcze i dyplomatyczne angażowanie się w sprawy Chin. Strategia ta miała na celu integrację Państwa Środka z liberalnym porządkiem międzynarodowym oraz zaszczepienie wolności gospodarczej, której konsekwencją miało być wzbudzenie potrzeby większej wolności w obszarze polityki. Strategia ta zawiodła, ponieważ o ile Partia Komunistyczna zmodernizowała kraj gospodarczo, to mimo to bezwzględnie tłumiła wszelki opór. Zamiast stać się usatysfakcjonowaną demokracją, kraj stał się agresywną autokracją. Polityka zaangażowania uczyniła Państwo Środka bogatszym, ale już nie bardziej wolnym.

Dziś jeden z czołowych amerykańskich sinologów rzuca wyzwanie tej narracji. Otóż związany z Uniwersytetem Harvarda Alastair Iain Johnston na łamach „The Washington Quartely” argumentuje, że wysiłek włożony w promocję liberalizmu w Chinach wcale nie zakończył się porażką, ponieważ nigdy nie próbowano osiągnąć tego celu w sensowny sposób. „Prawa człowieka w Chinach, czy choćby sama demokratyzacja, nigdy nie były ważnym elementem amerykańskiej polityki zaangażowania” – pisze Johnston. „Nie można obwiniać amerykańskiej polityki zaangażowania za brak osiągnięcia celów, ponieważ cele te nigdy nie były brane na serio lub nigdy nie spodziewano się dużych postępów pod tym względem” – wyjaśnia badacz.

Amerykańcy politycy, uważa Johnston, rzadko podkreślali kwestię praw człowieka w swoich codziennych transakcjach z Chinami oraz nie byli tak naiwni aby sądzić, że integracja gospodarcza szybko doprowadzi do demokratyzacji reżimu. Podobnie twierdzą inni czołowi badacze Chin, tacy jak Ryan Hass z Brookings Institution. Otóż uważa on, że Amerykanie mogli mówić o reformach politycznych, ale stosowali to jako metodę przekonania innych Amerykanów do zwiększenia handlu z Chinami, natomiast prawa człowieka i demokracja „nigdy nie były celami strategii USA”.

Wszystko to pokazuje, że amerykańscy politycy nie byli głupi – nigdy nie wierzyli, że trochę handlu zdoła w magiczny sposób w jeden dzień zmienić Chiny w demokrację w stylu zachodnim. Niemniej argument, że polityka zaangażowania nigdy tak naprawdę nie promowała praw człowieka i demokracji, jest błędny. Pomija bowiem to, co wielu amerykańskich polityków z różnych administracji i opcji politycznych mówiło o polityce wobec Chin w ciągu ostatnich 20 lat.

Zanim jeszcze zakończyła się zimna wojna, Ronald Reagan powiedział, że gospodarcze otwarcie Deng Xiaopinga stanowiło „pierwszy smak wolności dla ponad miliarda ludzi”. W 1993 roku, zaledwie 4 lata po masakrze na Planu Tiananmen, amerykański sekretarz stanu Warren Christopher ogłosił, że USA chcą w Chinach „szerokiej, pokojowej ewolucji od komunizmu do demokracji, poprzez zachęcenie sił liberalizacji gospodarczej i politycznej w tym wielkim i ważnym kraju”.

Po tym, jak wysiłki mające na celu powiązanie handlu z lepszą ochroną praw człowieka, zakończyły się fiaskiem, administracja Billa Clintona twierdziła, że polityka gospodarczego zaangażowania i tak stworzy coraz większą klasę średnią, która będzie domagała się, i w końcu to otrzyma, głosu politycznego. „Im bardziej przeniesiemy świat do Chin, tym bardziej świat da Chinom zmianę i wolność” – mówił Clinton.

Teza ta aż do pierwszej dekady XXI wieku pozostawała przedmiotem ponadpartyjnego porozumienia w USA. „Wolność gospodarcza tworzy nawyki wolnościowe” – mówił George W. Bush w czasie swojej drugiej kadencji. „Trzeba prowadzić wolny handel z Chinami, a czas będzie grał na naszą korzyść” – argumentował prezydent.
Zastępca sekretarza stanu, Robert Zoellick, w swoim słynnym przemówieniu o „odpowiedzialnym interesancie” z 2005 roku zgodził się, że „zamknięta polityka nie może być stałą i niezmienną cechą chińskiego społeczeństwa, zaś wraz z kontynuacją reform gospodarczych, coraz bogatsi Chińczycy będą chcieli mieć więcej do powiedzenia ws. swojej przyszłości oraz będą wywierali presję na reformy polityczne”.

Ta podstawowa idea została włączona do stworzonej w 2002 roku przez administrację Busha Narodowej Strategii Bezpieczeństwa. „Chińscy przywódcy odkrywają, że wolność gospodarcza jest jedynym źródłem bogactwa kraju” – można było przeczytać w dokumencie. „Z czasem chińscy liderzy odkryją, że społeczna i polityczna wolność jest jedynym źródłem wielkości narodu” – pisano wówczas. Oczywiście amerykańscy politycy mogli się spierać co do szczegółów polityki wobec Chin, ale w większości zgadzali się, że liberalizacja gospodarcza powoli sprawi, że Pekin będzie musiał się otworzyć również na polu politycznym.

A co z argumentem, że politycy mówili to wszystko, ale tak naprawdę tak nie myśleli? A może wykorzystali obietnicę liberalizacji, aby sprzedać prowadzenie kontrowersyjnych polityk, takich jak włączenie Chin do Światowej Organizacji Handlu (WTO)? Oczywiście zawsze jest możliwe, że mogli w cyniczny sposób kalkulować. Ale w demokratycznym systemie, jakim jest Ameryka, niezwykle trudno jest utrzymać przez kilka dekad podwójną interpretację – jedną prywatną, a drugą publiczną. Nawet jeśli byłoby to możliwe, to byłoby to skandaliczne. Oznaczałoby bowiem, że amerykańscy przywódcy przez lata oszukiwali społeczeństwo oraz prowadzili politykę, o której wiedzieli, że wzmocni Chiny, ale nie osłabi tendencji autorytarnych.

Wprawdzie od wczesnych lat 90. XX wieku amerykańscy politycy nigdy nie stawiali praw człowieka i kwestii politycznych reform w centrum relacji USA-Chiny. Ale o to właśnie chodziło: uwodzicielski urok polityki zaangażowania wobec Chin polegał na tym, że USA nie musiały zakłócać przynoszącej zyski relacji z
Państwem Środka sprawami praw człowieka, ponieważ to wolny handel miał niepostrzeżenie zmienić Państwo Środka w długiej perspektywie.

„Wybór pomiędzy prawami ekonomicznymi a prawami człowieka, pomiędzy bezpieczeństwem ekonomicznym, a bezpieczeństwem narodowym, jest fałszywy” – twierdził Bill Clinton. Zatem wyboru tego uniknięto, gdyż zaangażowanie gospodarcze miało niepostrzeżenie załatwić sprawę. Znani amerykańscy intelektualiści, tacy jak Thomas L. Friedman wspierali ten pomysł, argumentując, że ostatecznie globalizacja będzie nie do pogodzenia z chińskim autorytaryzmem.

Fakt, że sprawy nie potoczyły się zgodnie z tym myśleniem nie oznacza, że amerykańska polityka zaangażowania w Chinach była naiwna. Podejście to pojawiło się bowiem w czasach, gdy upadały dyktatury, zaś chiński reżim wyglądał na całkiem kruchy. Badacze z obszaru nauk społecznych wskazywali, że tam, gdzie rosły dochody i poziom edukacji, to reżimy autorytarne zaczynały mieć problemy. Tymczasem polityka zaangażowania wiązała się z szeregiem korzyści – zwiększonym handlem, wzrostem amerykańskiego prosperity, współpracą instytucjonalną z Chinami, nawet jeśli oznaczało to wzmocnienie Państwa Środka.

Prawdziwy problem z polityką zaangażowania w Chinach polegał na tym, że wciąż ją stosowano nawet wtedy, gdy objawiły się jej ograniczenia. W połowie pierwszej dekady XXI wieku dziennikarz i badacz James Mann wskazywał, że Komunistyczna Partia Chin nie dokonywała liberalizacji. Zamiast tego wykorzystywała rosnący dobrobyt do tworzenia wyrafinowanego aparatu represji, który miał utrzymywać coraz silniejszą klasę średnią w ryzach. Naukowcy tacy jak George Downs oraz Bruce Bueno de Mesquita pokazywali, że autorytaryzmy pokroju Chin liberalizowały swoje gospodarki, jednocześnie utrzymując lub nawet zwiększając kontrolę nad społeczeństwem. Elitom w Waszyngtonie uświadomienie sobie i akceptacja faktu, że polityka zaangażowania nie osłabia autorytaryzmu, zajęły kolejną dekadę.

Dlaczego akademicka debata nad historią amerykańskiej polityki zaangażowania wobec Chin jest dziś ważna?

Po części dlatego, że dyskusje tego typu ukazują intelektualny kontekst warunków, w jakich ustala się daną politykę. Przypomnijmy, że to były czasy Francisa Fukuyamy i jego tezy o końcu historii. To m.in. na niej oparto demokratyczny optymizm, który wiązał się z polityką zaangażowania wobec Chin.

Po części akademicka debata nad historią jest również ważna dlatego, że polityka zagraniczna spogląda zarówno w przyszłość jak i w przeszłość. Co prawda prowadzenie polityki ma na celu kształtowanie przyszłości, ale na bazie pewnych założeń i lekcji płynących z przeszłości.

Jeśli USA chcą w efektywny sposób rywalizować z Chinami, których siła i ambicje rosną w alarmującym tempie, to muszą w bardzo krytyczny sposób ocenić swoje dotychczasowe działania i skuteczność prowadzonych na przestrzeni ostatnich dekad polityk. Nie sprostamy wielkiemu wyzwaniu, jakie wiąże się z Państwem Środka, jeśli najpierw nie ocenimy, co w naszych działaniach było skuteczne, a co się nie sprawdziło.

>>> Czytaj też: Wielka zmiana strategii USA: Ameryka nie może prowadzić dwóch wojen jednocześnie [OPINIA]