Oddział zawieszony, lekarzy brak. Polacy to pacjenci chorego państwa

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
6 października 2019, 09:00
szpital, lekarze, pacjenci
szpital, lekarze, pacjenci/ShutterStock
Gdzie nas leczą? Odpowiedź na to pytanie jest równie skomplikowana jak na inne: kto nas leczy oraz ilu jest lekarzy w Polsce? A czy organizacja opieki medycznej jest dobra? Akurat na to pytanie odpowiedź jest prosta: nie. Wiedzą o tym też eksperci oraz decydenci. A jednak kolejne próby napraw kończą się na niczym.

Oddział zawieszony, lekarzy brak

Polacy leczą się głównie w szpitalach. A nie powinni. Bo nie jest to dobre ani dla nich, ani dla państwa. Niedobrze dla pacjenta – bo w lecznicy łatwo nabawić się choćby zakażenia, dla państwa – bo to kosztowne. W krajach, w których systemy opieki zdrowotnej działają sprawniej, chorymi zajmują się głównie lekarze rodzinni współpracującymi ze specjalistami. Szpital to ostateczność. U nas to bardzo często początek leczenia: z bólem brzucha lub oka pacjenci zgłaszają się na oddział ratunkowy. Dlatego, że lekarz rodzinny nie umie im pomóc, a do specjalisty muszą czekać tygodniami lub wręcz miesiącami.

Rząd wykonał nawet kilka ruchów, by zmienić ten stan rzeczy. Dał specjalistom dodatkowe pieniądze, w zamian wymógł na nich przyjmowanie większej liczby pacjentów. Zdecydował się także na zmianę procedury usuwania zaćmy (tu były jedne z najdłuższych kolejek; dostępność do tego leczenia jest jednym z mierników działania całego systemu opieki zdrowotnej) – nie jest to już zabieg wymagający hospitalizacji, tylko jednodniowego leczenia. Tym placówkom, które dokonały co najmniej 60 proc. operacji w trybie jednodniowym, NFZ płaci za zabieg pełną kwotę. Ale oprócz marchewki jest kij: jeśli placówka przeprowadzi mniej niż 60 proc. zabiegów bez hospitalizacji, fundusz płaci za wykonaną pracę nie 100 proc. ceny, lecz tylko 90 proc. Kolejki uległy skróceniu, ale mechanizm nie zadziałał wszędzie – np. na Podlasiu 90 proc. zabiegów odbywa się trybie jednodniowym, ale w Łódzkiem już tylko 35 proc.

Na początku 2014 r., jak wynika z raportu fundacji Watch Health Care, średni czas oczekiwania do specjalisty wynosił 2,5 miesiąca, w sierpniu 2019 r. wzrósł do 3,8 miesiąca. I nic dziwnego – mimo dodatkowych pieniędzy i nowych mechanizmów – to działania w skali mikro: w 2014 r. niemal 9 proc. wszystkich wydatków NFZ przeznaczono na specjalistów. Już z planu finansowego funduszu z września 2019 r. wynika, że pula na ten cel spadła do niecałych 6 proc. Za to na szpitale wzrosła z 48,5 proc. do 52,1 proc. Więc kolejki do specjalistów rosną – koło się zamyka i pacjenci szukają pomocy w szpitalach.

Jeżeli tu można otrzymać pomoc, to na czym polega problem? Na tym, że szpitale nie dają rady. Nie mają lekarzy i – pomimo coraz większych nakładów ze strony państwa – pieniędzy.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP  

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj