To tzw. czarne łabędzie, pojęcie spopularyzowane przez ekonomistę Nassima Taleba. Oznacza wydarzenie, które z bieżącej perspektywy wydaje się mało nierealne. Ale nie niemożliwe. I jeśli już do niego dojdzie, to jego wpływ na rzeczywistość będzie kolosalny. Takim czarnym łabędziem było na przykład zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA w 2015 r., czy zwycięstwo zwolenników brexitu w referendum w Wielkiej Brytanii w 2016 r.

Ekonomiści co jakiś czas próbują stworzyć cosśna kształt katalogu takich zdarzeń. Wyniki swoich przemyśleń przedstawił właśnie Polski Instytut Ekonomiczny. Według PIE czarnym łabędziem byłby np. załamanie gospodarcze w Chinach, czy wyborcze zwycięstwo demokraty w wyborach prezydenckich w USA. Ale nie tylko.

Krach algorytmów

Jednym z takich „czarnych łabędzi” może być globalny krach giełdowy, wywołany przez… maszyny. A może ściślej nie tyle maszyny, co przez ich oprogramowanie, algorytmy wykorzystywane dziś w inwestowaniu na giełdzie. PIE przywołuje szacunki, wedle których połowa obrotu na giełdach w USA to dziś tzw. handel algorytmiczny. Cóż to takiego? Polska Komisja Nadzoru Finansowego definiuje go jako „obrót instrumentami finansowymi przeprowadzany w taki sposób, że algorytm zastosowany w systemie służącym do składania zleceń nabycia lub zbycia instrumentów finansowych generuje zlecenia w sposób automatyczny, tj. bez udziału lub z ograniczonym udziałem człowieka”. Przy czym, co bardzo ważne, rola algorytmu nie ogranicza się tylko do przekazania zlecenia do systemu giełdowego. Algorytm na bieżąco przetwarza dane rynkowe i na tej podstawie ustala warunki takiego zlecenia, np. cenę zakupu bądź sprzedaży.

I tu jest największa słabość tej metody: jest co prawda bardzo szybka, transakcje są przeprowadzane w ułamkach sekund, ale jeden błąd może spowodować lawinę. PIE przypomina, że w ostatnich latach takie błędy się już zdarzały, jak choćby w 2010 r. gdy indeks Dow Jones Industrial Average stracił około 9 proc. w 36 minut, bez żadnego wyraźnego powodu, albo w 2011 r., gdy kontrakty terminowe na zakup kakao spadły o 13 proc. w mniej niż minutę. A w marcu 2015 r. dolar stracił 3 proc. wartości w ciągu czterech minut, bez żadnych podstaw w informacjach rynkowych. Do tej pory błędy udawało się szybko wychwycić i cały proces odwrócić. Ale co by się stało, gdyby ktoś świadomie chciał wykorzystać słabość handlu algorytmicznego i wywołał w ten sposób globalny krach? Algorytmy wykorzystują wszelkie dostępne informacje z rynku. Wystarczy włamać się na konto twitterowe uznanej agencji informacyjnej i podać tym kanałem fałszywkę. Próbkę mieliśmy w 2013 r., gdy fake news o dwóch wybuchach w Białym Domu, rozpowszechniany z oficjalnego konta Associated Press, spowodował spadek indeksu Dow Jones o 143 punkty. Według ekonomistów PIE w 2020 r., w związku z rozwojem technologii i wyborami m.in. w Stanach Zjednoczonych, może dojść do nasilenia pojawiania się fake newsów.

Reklama

Algorytmy, wystawiając zlecenie na sprzedaż akcji, błyskawicznie zareagują na fałszywe informacje dotyczące np. zamachów, katastrof naturalnych lub chociażby wydarzeń na rynku finansowym. Gwałtowna reakcja giełd, spowodowana w pierwszej chwili fałszywą informacją z Twittera, przerodzi się w głębokie załamanie rynku.
- Algorytmy, napędzane sztuczną inteligencją, bazującą na tych samych zbiorach danych i szeregach czasowych, a przede wszystkim kierujące się tym samym celem maksymalizacji zysku, będą działały jak zsynchronizowane, a trudność w szybkiej weryfikacji napływających informacji przełoży się również na decyzje maklerów i traderów. Indeksy giełdowe spadną w ciągu sekund o 10-20 proc., jednak tym razem nie nastąpi szybkie odbicie, a obrót papierami wartościowymi zostanie wstrzymany – kreślą scenariusz krachu algorytmów ekonomiści PIE. Ich zdaniem krach giełdowy, mimo że wywołany nieprawdziwymi informacjami, odbije się szeroko na realnej gospodarce. Przerwa w obrotach giełdowych utrudni funkcjonowanie firm, a wiele z nich nie odzyska dawnej wartości.

Ryzykowne długi korporacji

Światowy porządek może wywrócić też kryzys zadłużenia. Ale nie zadłużenia państw, co ćwiczyliśmy przy okazji tzw. długu greckiego, czy kolejnych bankructw Argentyny. Mowa o rosnącym zadłużeniu korporacyjnym. PIE zwraca uwagę, że globalna wartość zadłużenia firm wynikająca z zaciągniętych kredytów oraz emisji obligacji korporacyjnych w ostatnich latach wyraźnie wzrosła.

- Poziom zadłużenia przedsiębiorstw zbliża się obecnie do rekordowych wartości notowanych w czasach kryzysu lat 2007-2008. W ostatnim roku zadłużenie firm w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Japonii oraz Francji rosło znacznie szybciej niż PKB tych państw – piszą analitycy instytutu. Co ważne, coraz więcej obligacji korporacyjnych ma niski rating: innymi słowy rośnie udział ryzykownych aktywów w korporacyjnym długu. Zwraca na to uwagę raport Banku Rozrachunków Międzynarodowych, nazywanego bankiem centralnym banków centralnych. Z danych zamieszczonych w nim wynika, że w Europie odsetek ryzykownych obligacji wzrósł z 16 proc. w 2010 r. do poziomu 48 proc. w I kwartale 2019 r., zaś w USA w tym samym okresie udział ten zwiększył się z 18 proc. do 45 proc.
- Ekonomiści OECD podkreślają, że istnieje dobrze udokumentowana relacja między spadkiem jakości obligacji a częstością bankructw przedsiębiorstw – związek ten był dobrze widoczny w trakcie kryzysów finansowych od lat 90. XX wieku – zwraca uwagę PIE.

Kosztowny blackout

O ile kryzys wywołany załamaniem rynku długu korporacyjnego nie byłby bezpośrednim zagrożeniem dla Polski (choćby dlatego, że udział inwestorów zagranicznych w polskim długu stopniowo maleje), a ryzyka związane z handlem algorytmicznym też dotyczą nas nieco mniej (ten typ handlu to zaledwie 10 proc. obrotów na polskim rynku), to już napięcia w energetyce mogą nas porazić. Jednym z polskich czarnych łabędzi, opisywanych przez instytut jest scenariusz „polskiego blackoutu”.
Jakie jest prawdopodobieństwo, że w całym kraju nagle zabraknie prądu? Z dzisiejszej perspektywy raczej niewielki. Ale, zwraca uwagę PIE, popyt na energię systematycznie rośnie, a zapotrzebowanie w szczycie letnim zbliża się do zapotrzebowania w szczycie zimowym, przy czym wydajność sieci energetycznych w lecie spada.

-Wiek polskiej infrastruktury elektroenergetycznej zwiększa ryzyko występowania problemów z dostarczaniem energii do odbiorców końcowych. Poziom dekapitalizacji linii przesyłowych szacuje się na 71 proc., a dystrybucyjnych na 70-80 proc. . Niedoinwestowanie ograniczające zdolności przesyłowe zwiększa ryzyko awarii oraz koszty ewentualnych napraw - wylicza PIE i podkreśla, że stosunkowo mało wytwarzamy energii z wiatraków (główne źródło z OZE), a powtarzające się susze mogą wywoływać problemy z chłodzeniem elektrowni konwencjonalnych.

Co by było, gdyby sieć energetyczna nagle padła? Eksperci instytutu policzyli, że jedno województwo na skutek trwającego 12 godzin letniego blackoutu poniosłoby średnią stratę w wysokości 240 mln zł z powodu niedostarczenia ok. 13 GWh energii. To wartość średnia. Najbardziej kosztowny blackout byłby ma Mazowszu, tu rachunek za niego wyniósłby 547 mln zł. Długa przerwa w dostawie prądu na terenie całego kraju kosztowałaby ok. 3,8 mld zł.

-To mniej więcej roczny budżet miasta wielkości Gdańska – konkluduje PIE.