Na polskich lotniskach zrobiło się niemal tak pusto, jak po erupcji islandzkiego wulkanu Eyjafjallajökull w 2010 r., kiedy nasz kraj, wzorem dużej części Europy, zamknął przestrzeń powietrzną. Wtedy powodem obostrzeń były kwestie bezpieczeństwa samolotów, a teraz próba powstrzymania koronawirusa. Przy szybkim rozprzestrzenianiu się patogenu na południu i zachodzie Europy Polska jako pierwsza na kontynencie zdecydowała się wstrzymać międzynarodowe połączenia lotnicze. Wpuszczane są jedynie zaplanowane wcześniej czartery z turystami wracającymi z wakacji i specjalne loty narodowego przewoźnika, na które można kupować bilety na jego stronach internetowych. Dla porównania Czesi, którzy kilka dni temu wprowadzili stan wyjątkowy, poszli nieco inną drogą. Wprawdzie też nie wpuszczają na swoje terytorium ogromnej większości obcokrajowców, ale utrzymali międzynarodowe połączenia lotnicze, co pozwala ich rodakom wrócić do kraju.

Jak przyznał w sobotę premier Mateusz Morawiecki, w najbliższym czasie chęć powrotu do Polski może wyrazić od 200 do 500 tys. obywateli naszego kraju. Rząd zapewnia, że nie chce zostawić na lodzie rodaków, którzy zostali daleko od kraju. Dlatego LOT na specjalnie utworzonej stronie internetowej LotDoDomu.com zbiera informacje o Polakach, którzy chcą wrócić do kraju w najbliższych dniach. Można tam wpisywać kraj i lotnisko, z którego chce się wylecieć do Polski. Przewoźnik zapewnia, że będzie analizować na bieżąco liczbę potrzebujących z danego kraju i możliwości zorganizowania lotu. Za powrót do Polski podróżujący zapłacą zryczałtowaną stawkę. Jej wysokość będzie zależała od kierunku, z którego realizowany będzie przelot: 400−800 zł w granicach Europy i 1600−2400 zł za przelot na dłuższej trasie. Pozostałą kwotę ma dopłacić rząd. Jak informował Michał Dworczyk, szef kancelarii premiera, po kilku godzinach od uruchomienia strony zapotrzebowanie na taki przelot zgłosiło 12 tys. osób.

>>> Czytaj też: Ciemne strony otwartego świata. Koronawirus obala dogmaty

Reklama

Pierwsze, niedzielne połączenia cieszyły się gigantycznym zainteresowaniem podróżnych. Tłumy rodaków chcą wrócić zwłaszcza z Londynu. Choć LOT skierował tam swoją największą maszynę, czyli latającego zwykle na inne kontynenty Dreamlinera, to bilety zostały wykupione błyskawicznie. W efekcie przewoźnik jeszcze wczoraj zorganizował dodatkowy kurs na tej trasie. Do niedzielnego popołudnia przyleciał też samolot z Chicago, a kolejne miały wylecieć z Warszawy po Polaków czekających m.in. w Colombo. Infolinia i strona internetowa LOT-u przeżywa ogromne oblężenie. Kiedy wczoraj próbowaliśmy sprawdzić dostępność miejsc w zaplanowanym na poniedziałek połączeniu z Londynu do Warszawy, to system zaproponował nam przelot dopiero 29 marca (wtedy LOT planuje przywrócić już regularne rejsy).

>>> Wszystkie aktualności związane z koronawirusem na dziennik.pl

Planowo odbywa się większość lotów czarterowych, które są realizowane na zlecenie touroperatorów. – W większości przypadków biura podróży nie skracają wczasów, które zwykle odbywają się w cieplejszych krajach. Sądzimy, że będziemy realizować powrotne połączenia do końca przyszłego tygodnia – mówi DGP Andrzej Kobielski, wiceprezes linii Enter Air.

Pojedyncze loty czarterowe do Warszawy realizują też zagraniczni przewoźnicy, którzy chcą zabrać obywateli swoich krajów. Przylatują zatem maszyny bez pasażerów. Wypełniają się dopiero na powrót. Wczoraj taki charakter miały m.in. obsłużone na warszawskim Okęciu połączenia linii KLM do Amsterdamu czy Air France do Paryża.

W liniach lotniczych zdają sobie jednak sprawę, że przy epidemii koronawirusa docenić trzeba pracę pilotów, a także stewardess i stewardów, którzy mają kontakt z setkami pasażerów. Dlatego na wspólnej konferencji z premierem prezes LOT-u Rafał Milczarski dziękował personelowi pokładowemu za ofiarną pracę. Jednak część stewardess nie jest zadowolona ze sposobu organizacji pracy. Na Twitterze związku zawodowego personelu pokładowego pojawił się wczoraj taki wpis: „Wszyscy mają siedzieć w domach, a nas wciskają do pełnych samolotów i każą robić regularny serwis”. Związkowcy sugerują, że aktualne wyposażenie samolotów – maski dla personelu i żele odkażające − to za mało.

>>> Czytaj też: Wielka strefa kwarantanny. Nawet 100 tys. Polaków będzie izolowanych

Zawieszono także połączenia kolejowe z zagranicą. Działają natomiast autokarowe. Przewoźnicy mówią jednak, że w rozporządzeniu, które zostało opublikowane w piątek późno wieczorem, nie zostało to dokładnie sprecyzowane. Wtedy pojawiły się interpretacje prawne mówiące, że autokary jednak nie mogą przejeżdżać przez granicę. W efekcie Flixbus zawiesił wszystkie swoje połączenie międzynarodowe z Polską. Później Straż Graniczna orzekła jednak, że autobusy mogą przejeżdżać. Wtedy, po licznych prośbach i zapytaniach pasażerów, Flixbus zdecydował się przywrócić część połączeń np. z Berlina. Bilety na te kursy szybko się jednak wyprzedają, a ich ceny szybko rosną.

Bez większych zmian odbywa się za to komunikacja kolejowa i autobusowa wewnątrz kraju. Przewoźnicy lotniczy, w tym przede wszystkim LOT, choć nie musieli, to zawiesili wszystkie rejsy krajowe. Za to w pociągach, zwłaszcza tych dalekobieżnych, coraz częściej jeździ garstka podróżnych. Wiceminister infrastruktury Andrzej Bittel nie wyklucza, że biorąc pod uwagę rachunek ekonomiczny, w najbliższych dniach liczba połączeń będzie redukowana. Zaznacza jednak, że to nie jest proste, bo wszelkie zmiany w rozkładzie kolejowym trzeba ogłaszać z wyprzedzeniem.

Podróżni narzekają jednak, że PKP Intercity nie chce automatycznie zwracać 100 proc. należności za niewykorzystane bilety. Pobiera 15 proc. odstępnego. Przewoźnik prosi jednak o składanie reklamacji, nie wyklucza, że po jakimś czasie zwróci resztę.

Eksperci podkreślają, że branża transportowa obok turystycznej będzie jedną z najbardziej poszkodowanych po epidemii koronawirusa. Silnie uderzy nie tylko w kondycję linii lotniczych, lecz także m.in. lotnisk. Nawet po ustaniu pandemii podróżni długo nie wrócą do tak intensywnego latania jak dawniej. Wiceprezes portu w Modlinie Marcin Danił mówi, że lotnisko straci ogromne kwoty z opłat lotniskowych. Choć zapewnia, że w najbliższym czasie nie grozi jego spółce utrata płynności finansowej, to nie wyklucza, że zarządzany przez niego port będzie wymagać sporej pomocy ze strony właścicieli, czyli samorządu i PPL-u.

>>> Czytaj też: Drugie oblicze koronawirusa. Nadchodzi pandemia samotności, izolacji i strachu