Sytuacja Stoczni Gdańsk od kilku miesięcy budzi mniejsze zainteresowanie niż losy Stoczni Szczecińskiej Nowa i Stoczni Gdynia, których majątek już został wystawiony na sprzedaż i które zwalniają pracowników. Jednak przyszłość spółki z Gdańska, która zatrudnia około 2,4 tys. osób, ciągle nie jest jednak oczywista. Wisi nad nią ryzyko, że Komisja Europejska nie zaakceptuje planu jej restrukturyzacji. To oznaczałoby, że ta spółka także będzie musiała zwrócić pomoc publiczną, co w przypadku stoczni ze Szczecina i Gdyni skończyło się koniecznością likwidacji tych przedsiębiorstw.

- Ostatnia wersja planu restrukturyzacji Stoczni Gdańsk została przekazana Komisji Europejskiej 20 lutego. Od tej pory jest cisza - mówi Maciej Wewiór, rzecznik Ministerstwa Skarbu Państwa. Pierwsza wersja tego planu trafiła do Komisji Europejskiej przed końcem 2008 roku. Plan przewiduje m.in., że Skarb Państwa udzieli stoczni 150 mln zł dodatkowej pomocy. Pieniądze przeznaczone na spłatę starych długów będzie trzeba oddać państwu po 2019 roku.

ISD Polska, który jest większościowym akcjonariuszem Stoczni Gdańsk, nie ma wątpliwości, co by się stało, gdyby firma musiała zwrócić pomoc publiczną. - Pomoc publiczna dla stoczni została obliczona nominalnie na 760 mln zł, a w realnych pieniądzach między 150 a 300 mln zł. Gdyby Komisja zażądała ich zwrotu, oznaczałoby to upadłość stoczni - uważa Jacek Łęski, rzecznik ISD Polska.

Ministerstwo Skarbu Państwa nie kryje irytacji. Jego przedstawiciele uważają, że resort musi teraz zażegnywać niebezpieczeństwo tylko dlatego, że Stocznia Gdańsk została najpierw sprywatyzowana, a dopiero później opracowano dla niej program restrukturyzacji. - W planie restrukturyzacji zapisane są terminy. Może stać się on niewykonalny, nawet gdyby decyzja Komisji była pozytywna - wyjaśnia Jacek Łęski.

- Im dłużej czekamy na decyzję Komisji, tym bardziej plany restrukturyzacji stają się chwiejne - przyznaje Maciej Wewiór.