Mokrzycka: Tajemnica poliszynela

Ten tekst przeczytasz w 1 minutę
21 grudnia 2009, 06:01
Katarzyna Mokrzycka
Katarzyna Mokrzycka/Forsal.pl
Od lat między polskimi lotniskami a liniami lotniczymi funkcjonuje niepisany układ z niemałymi pieniędzmi w tle. Porty płacą przewoźnikom za to, że ci lądują właśnie na tym, a nie innym lotnisku.

Nazywają to opłatą za usługę. Korzeniami sięga do 2005 roku, kiedy Polakom spodobało się tanie latanie i każde lotnisko chciało też na tym coś zarobić. Kto zaczął: linie, które po cichu postawiły taki warunek lotniskom, czy lotniska, które w ten sposób chciały pomóc szczęściu i wygrać z konkurentami – nikt nie powie, nikt nie pamięta. W Polsce to zjawisko zawieszone gdzieś pomiędzy paragrafami formalnie nie jest chyba nielegalne, skoro lotniczy nadzór się nim nie zainteresował.

Jednak Komisja Europejska może to ocenić inaczej. Z publicznych lotnisk do prywatnych przewoźników trafiają pieniądze. Dla Brukseli to forma pomocy publicznej, która tworzy nierówne warunki konkurencji w branży.

Może się też okazać, że pewne, inne, instytucje zechcą je nazwać inaczej, mniej ładnie, na przykład... łapówką? Jest to w końcu korzyść majątkowa, która ma zachęcać do wyboru tej, a nie innej oferty.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj