Pisałem już, że Tusk zadłuża Polskę szybciej niż Gierek. Skoro tak, to obywatel ma prawo wiedzieć, na co wydawane są te pieniądze. Zanim się nad tym zastanowimy, spójrzmy na rolę państwa widzianą oczami ekonomii.
Ekonomiści uważają, że państwo powinno interweniować tam, gdzie rynek sobie nie poradzi. Jako przykłady podaje się najczęściej wojsko i policję. Państwa ingerują w rynek, aby obywatele nie szkodzili sobie nawzajem. Nie wolno na przykład wylewać toksycznych odpadów do rzeki, mimo że jest to ekonomicznie bardziej opłacalne niż utylizacja. W społeczeństwach rozwiniętych państwo powinno dbać o jednostki słabsze, dotknięte nieszczęśliwymi zdarzeniami losu i zapewnić im minimum egzystencji. Na przykład inwalida, który stracił nogi w wypadku, a nie ma rodziny, która by go wsparła, powinien otrzymywać od państwa rentę. W końcu państwo może podejmować działania strategiczne, które w długiej perspektywie podnoszą jakość życia albo poprawiają możliwości rozwoju prywatnym firmom. Przykładem tego typu działań jest wsparcie udzielane rodzimym firmom na rynkach zagranicznych.
Po tych rozważaniach powróćmy do pytania: jeżeli Tusk zadłuża Polskę szybciej niż Gierek, to na co wydaje te pieniądze? Pewne jest, że w niewielkim stopniu na tworzenie wiedzy i innowacji. Kilka dni temu ukazał się najnowszy raport World Intellectual Property Organization, najważniejszy raport na świecie pokazujący liczbę aplikacji patentowych w danym kraju. Spójrzmy na dane: w 1990 roku polscy naukowcy byli autorami 3585 patentów, Czesi mieli 561 patentów, naukowcy z Korei Południowej mieli 5812 patentów, a Duńczycy 1269 patentów. Biedna Ukraina miała 858 patentów. Te same dane dla 2007 roku wyglądają następująco: Polska 242 patenty, Czechy 684, Korea Południowa 112 245 patentów, Dania 1602 patenty, Ukraina 511 patentów na skutek potwornej recesji, bo rok wcześniej mieli 1314 patentów. Te statystki są zatrważające. Dwadzieścia lat temu Polska była krajem, gdzie powstawało dużo innowacji prowadzących do aplikacji patentowych, teraz staliśmy się patentową pustynią, daleko za Czechami i Ukrainą. Bardzo miło się czyta historie w prasie o tym, że na skutek dotacji unijnych powstała jakaś innowacja, ale są to przypadki jednostkowe, nieliczne. Straciliśmy kulturę innowacji, która w Polsce istniała na początku lat 90. Jakże silnie kontrastuje to z danymi z Korei Południowej, która w 1990 roku miała zbliżony do Polski poziom innowacyjności (więcej patentów, ale też więcej ludności).
Skoro nie inwestujemy w wiedzę i innowacje, to na co idą te setki miliardów dolarów nowych długów? Są dwie główne kategorie wydatków. Wydatki socjalne, które szybko rosną, bo nie ma politycznej woli reform, i wydatki na inwestycje: kilka superstadionów, trzy tysiące kilometrów autostrad i dróg ekspresowych, mosty, oczyszczalnie.
Wróćmy zatem do teoretycznych rozważań na temat celu interwencji państwa. Na wojsko wydajemy 1,95 proc. PKB, ale eksperci twierdzą, że wojnę z Białorusią przegralibyśmy szybciej niż z Niemcami w 1939 roku. Ingerencje regulacyjne w gospodarkę mamy tak daleko posunięte, że według OECD jesteśmy najbardziej przeregulowaną gospodarką w tej grupie. Wydatki socjalne mamy rozdęte, bo dawaliśmy renty zdrowym ludziom i mamy 40-letnich emerytów w mundurach. Mamy też działania strategiczne rządu, czyli budowę asfaltowej infrastruktury.
Reklama
To nie jest skuteczna polityka gospodarcza. Obiektywne dane pokazują, w czym jesteśmy dobrzy. W ciągu 20 lat transformacji trzykrotnie wzrosła liczba urzędników, ponad dziesięciokrotnie spadła liczba patentów. Świat stawia na wiedzę i innowacje. My postawiliśmy na urzędników i na asfalt.