Transparency International, międzynarodowy think tank z siedzibą w Berlinie, opublikowało w ubiegłym tygodniu coroczny indeks korupcji. We wnioskach zaleca walkę z tą plagą z determinacją równą bojom z globalnym ociepleniem i kryzysem finansowym. Problem w tym, że korupcja korupcji nierówna. Łapownictwo ma wiele oblicz, a nie jedną wykrzywioną gębę zła, jak chciałoby Transparency.

W wypadku państw demokratycznych z wolnorynkową gospodarką i ustabilizowanym systemem prawnym korupcja jest społecznym rakiem, który trzeba wyciąć, a przynajmniej ograniczyć jego przerzuty na niezainfekowane jeszcze struktury. To, że w indeksie TI Bułgaria i Rumunia, członkowie UE, znalazły się na 69. i 73. pozycji, wyprzedzone przez Namibię oraz Wyspy Zielonego Przylądka, a Włochy na 67. pokonane przez Rwandę, jest dla Zachodu wstydem. Z kolei 41. pozycja Polski, w tyle za Kostaryką, Botswaną i Omanem, powinna napawać nim nas samych. Unia Europejska i inne kraje Zachodu oraz te, które skutecznie wdrożyły zachodnie rozwiązania legislacyjne, na przykład Singapur, Hongkong, Chile, Urugwaj, mają wszystkie narzędzia, w tym polityczne i prawne, do zwalczania korupcji. Nie ma też w ich przypadku żadnych korzyści wypływających z łapownictwa, przeciwnie – alternatywny, nielegalny system przepływu pieniędzy i podejmowania decyzji podgryza fundamenty państwa. Co innego kraje, którym mniej się poszczęściło albo takie, które cierpią na chroniczną alergię na wszelki ład i cywilizację.

Najgorsi ze złych

W najniższej z możliwych kategorii w zestawieniu Transparency znalazło się 11 państw, w każdym z nich wskaźnik korupcji (CPI) kształtował się poniżej 2 (10 – to kraj najmniej skorumpowany, 0 – najbardziej). To właśnie grupa, w której kryteria TI w pełni zawodzą. Wyliczmy światowych pariasów w kolejności od końca: Somalia, Birma, Afganistan, Irak, Uzbekistan, Turkmenistan, Sudan, Czad, Burundi, Angola, Gwinea Równikowa. Czy coś je łączy? Na pierwszy rzut oka niewiele, przy głębszym oglądzie jednak widać, że korupcja jest w nich albo zasadniczym sposobem sprawowania rządów i relacji człowieka z władzą, albo w ogóle podstawą organizacji społeczeństwa.

Parszywą jedenastkę można podzielić na cztery grupy. Pierwsza to kraje pogrążone w chaosie, gdzie nie ma żadnej władzy centralnej albo jest ona iluzoryczna: Somalia, Afganistan, Irak. Druga – państwa kierowane przez rządy o słabej legitymizacji, które nie kontrolują całości swojego terytorium: Sudan, Czad, Burundi. Trzecia – kraje z silnym rządem centralnym, pozbawionym jednak legitymizacji, czyli mniej lub bardziej okrutne reżimy: Uzbekistan, Turkmenistan, Birma. I czwarta, państwa z marną infrastrukturą, ale znośną władzą, którą podpierają amerykańskie koncerny wydobywcze eksploatujące ropę naftową: Angola i Gwinea Równikowa.

W każdej z nich korupcja ma inne oblicze, ale bez niej systemy gospodarcze i polityczne upadną. Najjaskrawszym przejawem jest jednak grupa pierwsza, gdzie w ogóle państwo i prawo są jedynie zapisem na papierze.

Przykładem kraju upadłego, który stoi korupcją, jest Afganistan. Władza centralna jest tu na tyle iluzoryczna, że musi kupować poparcie w terenie. Opłaca lokalnych przywódców, także rebelianckich, by nie występowali przeciwko niej. Pieniądze płyną z tajnego funduszu przy prezydencie Hamidzie Karzaju zasilanego przez Amerykanów i... Irańczyków. Kolejny sposób zapewniania sobie lojalności – lub przynajmniej spokoju – to przymykanie oczu na biznes narkotykowy. Włączają się do niego zresztą najwyżsi reprezentanci władzy, na przykład brat prezydenta Ahmed Wali Karzaj, rządzący południową prowincją Kandahar.

Korupcja płynie z góry w dół, a także ze zdwojoną siłą wraca w odwrotnym kierunku. Od ludu do władzy. Rząd korumpuje żywą gotówką lub przywilejami opiumowymi jedynie najważniejszych stronników (lub przeciwników), pomniejszym daje jedynie okazję dorobienia się. Każdy z pracowników rządowych średniego i niskiego szczebla zatrudniony w administracji, sądownictwie, policji, służbie zdrowia, energetyce czy szkolnictwie zarabia grosze, ma jednak możliwość brania łapówek. W Afganistanie pracy nie dostaje się na zasadzie kompetencji, ale powiązań, choć nie jest to klasyczny nepotyzm. Zajęcie można dać nawet znienawidzonemu wrogowi, by go uciszyć lub mieć pod kontrolą. System ten przypomina dawne rosyjskie kormlenije, czyli nominowanie urzędników z prawem do łupienia podległej im ludności.

Płacisz – żyjesz

Na dole korupcyjnego łańcucha pokarmowego jest przeciętny mieszkaniec Afganistanu, jednego z najbiedniejszych państw świata. Badania sondażowe przeprowadzone przez Integrity Watch Afghanistan (pozarządowa organizacja badająca korupcję) wykazały, że ludność tego kraju tak przyzwyczaiła się do płacenia za wszystko – wizytę u lekarza, zgłoszenie przestępstwa czy przyjęcie dziecka do szkoły – że w większości w ogóle nie uważa takich świadczeń za naganne. Potępiane są jedynie wypadki pobierania przez pracowników rządowych stawek nieadekwatnie wysokich w stosunku do świadczonej usługi.

Kormlenije w wersji afgańskiej bywa jednak uciążliwe i skutkuje wzrostem poparcia dla rebelii na terenach wiejskich. Urzędnicy bowiem są zainteresowani ciągłym pobieraniem datków od ludności, a nie rozwiązywaniem jej problemów. Konkretny przykład z prowincji Kapisa na północ od Kabulu. Tamtejszy rolnik został okradziony przez sąsiada. Stracił kozę. Poszedł z łapówką do sądu, by wytoczyć sprawę. Sędzia jednak wziął też datek od złodzieja i sprawę odroczył. Trzeba było płacić jeszcze raz – sprawa wróciła na wokandę, ale i konkurent posmarował – znów upadła. Trwało to miesiącami, aż w końcu zdesperowany chłop poszedł do partyzantów. Jeszcze w nocy odzyskał kozę. Złodziej dostał wybór – oddajesz zwierzę albo kula w głowę. Sprawiedliwość rebeliancka jest szybsza i skuteczniejsza niż rządowa. Przede wszystkim zaś tańsza.

Niewiele wszystko to ma wspólnego z korupcją w wydaniu zachodnim. Branie i dawanie łapówek nie jest w Afganistanie patologią, konstytuuje wręcz społeczeństwo. Gdyby rząd nie opłacał się lokalnym „panom wojny”, przyłączyliby się do rebelii, gdyby z kolei nie pozwalał swoim pracownikom łupić ludności, opuściliby placówki i marne zalążki władzy centralnej w terenie przestałyby istnieć. Gdyby zaś Afgańczycy zmówili się i przestali płacić, nie poszliby do szkół, nie dostali pomocy żywnościowej, nie znaleźli lekarza. Alternatywą korupcji jest wojna, do której włączałyby się stopniowo kolejne społeczności.

W takiej sytuacji jedyny skuteczny program zwalczania łapownictwa to długotrwała okupacja kraju, bo po dziewięciu latach zachodniej interwencji wiemy już, że zbudowanie skutecznego państwa i aparatu urzędniczego nie powiedzie się. Ale Transparency International nie takie rozwiązanie miało na myśli. Można zatem zapytać: dlaczego w ogóle zestawia Afganistan na przykład z Norwegią?

Z korupcją chcą walczyć NATO, ONZ, Stany Zjednoczone, Unia Europejska, Transparency, a nawet rząd w Kabulu – przynajmniej w deklaracjach. Tymczasem oznacza to branie się za bary z samym życiem. Jedyny sprawny system, który działa w Afganistanie i pozwala ludziom przeżyć, ma na imię korupcja. Reszta jest propagandą.