Już ponad dekadę temu Napster zmienił zasady gry panujące w świecie show-biznesu, pozwalając ludziom ściągać muzykę i filmy z internetu zupełnie za darmo. Wkrótce potem Wikipedia zrewolucjonizowała dostęp do zasobów wiedzy i informacji, a ostatnio portal WikiLeaks podważył monopol klasycznych mediów na kontrolę władz. Teraz szykuje się kolejna internetowa rewolucja. Tym razem w obiegu finansowym. Zwiastuje ją bitcoin (BTC), nowa, stworzona przez grupę tajemniczych internetowych hakerów cyberwaluta, która może stać się pierwszą realną sieciową alternatywą dla rozliczeń w dolarach czy euro.

>>> Czytaj też: Dolar ma nową konkurencyjną walutę

Zrozumienie, jak dokładnie działa projekt Bitcoin, nie jest proste i wymaga od osoby przyzwyczajonej do papierowego pieniądza albo bankowych przelewów otwarcia się na całkiem wysoki poziom abstrakcji. Fizycznie bitcoin nie jest bowiem ani monetą, ani nawet wirtualną sumą zapisaną na naszym bankowym koncie. Bitcoin to raczej unikalny ciąg cyfr zapisywany na twoim komputerze. Na przykład 15VjRaDX9zpbA8LVnbrCAFzrVzN7ixHNsC. Jeśli chcesz użyć go do zapłaty za jakiś towar albo usługę w internecie, znajdujesz sklep akceptujący takie transakcje i przelewasz wirtualny pieniądz na adres odbiorcy. W odróżnieniu od tradycyjnego systemu bankowości elektronicznej po drodze nie ma jednak żadnego centralnego serwera, który gromadzi i weryfikuje te dane. Wszystko odbywa się na tej samej zasadzie co ściąganie muzyki z sieci w systemie peer-to-peer (P2P).

>>> Polecamy: Juan może stać się alternatywą dla dolara

Tysiące komputerów zwykłych użytkowników połączonych na zasadzie darmowego oprogramowania (tzw. open source) zastępują w tym wypadku bazy danych utrzymywane przez banki czy firmy obsługujące karty kredytowe. To one na podstawie specjalnego algorytmu notują, że X przekazał pieniądz do Y, a ten z kolei dalej do Z. Kiedy płacimy, unikalny kod użytej monety zostaje zapisany na komputerze sprzedawcy. A system automatycznie sprawdza, czy kombinacja liczb rzeczywiście należała do danego komputera. Wszelkie podróbki i fałszerstwa są więc w praktyce wykluczone. W realnym świecie sklep przyjmie płatność, jeśli położymy na ladzie wyciągniętą komuś z portfela stuzłotówkę. Gdy mamy do czynienia z kryptowalutą, nie ma możliwości obrotu skradzionym pieniądzem.

Wirtualne fedrowanie

Bitcoina od dolara, euro czy złotego odróżnia jeszcze jedna rzecz. Nie emituje go ani amerykański Fed, ani EBC, ani nawet żaden pomniejszy bank centralny na którejś z karaibskich wysp. Nikt też odgórnie nie ustala jego kursu ani w żaden sposób nie gwarantuje wartości takiego pieniądza. Skąd więc biorą się tajemnicze bitcoiny? Najkrócej mówiąc: z kilku tysięcy komputerów o bardzo wysokich mocach obliczeniowych rozmieszczonych na całym świecie i podłączonych do sieci. Tylko w niewielkim stopniu przypominają one zwykłe pecety. Najczęściej są zmontowanymi własnym sumptem przez komputerowych pasjonatów wielkimi hybrydami z superszybkimi kartami graficznymi. Ich zadaniem jest bezustanne przetwarzanie skomplikowanego matematycznego algorytmu. Wiele z nich tak się podczas tego procesu nagrzewa, że musi być trzymana na przykład na balkonie, by zapewnić technicznemu monstrum odpowiednie chłodzenie. Co 10 minut na zasadzie losowej jeden z kilku tysięcy komputerów odkrywa nowego bitcoina.

Generowanie wirtualnych monet ruszyło w 2009 roku i dziś jest ich w obiegu nieco ponad 6 mln. Nie będą jednak odkrywane w nieskończoność. Algorytm został napisany w ten sposób, że system może wygenerować najwyżej 21 mln bitcoinów. Ta liczba zostanie osiągnięta w 2034 roku i wówczas program uzupełniania podaży pieniądza przestanie działać. Ma to być niezawodny sposób na uniknięcie widma inflacji i uczynienia z bitcoina globalnej, niezależnej od nikogo, wiarygodnej waluty przyszłości. Skąd to wszystko wiemy? Wprost z manifestu opublikowanego w 2009 roku przez oficjalnego twórcę projektu Bitcoin Satoshiego Nakamoto. Nakamoto prawdopodobnie nie istnieje, bo w realu nikt go nigdy nie widział, ale przedsięwzięcie reprezentuje kilku blogerów z różnych krajów świata. Ich nazwiska niewiele zresztą czytelnikowi powiedzą. Najbardziej znany Gavin Andresen mieszka w Amherst w amerykańskim stanie Massachusetts i prowadzi blog.

Trudno go jednak uznać za mózg całej operacji. Bitcoin – podobnie jak wiele programów opensource'owych – zrodził się bowiem w hermetycznym światku komputerowych geeków i hakerów, którzy rywalizują ze sobą nie tyle z chęci biznesowego zysku, ile stworzenia czegoś wiekopomnego. Jednocześnie – jakkolwiek dziwnie to brzmi – dzielą się na okrągło swoimi ideami. – Pomysł na zbudowanie nowej, niezależnej, popularnej i bezpiecznej waluty internetowej elektryzował nas przynajmniej od końca lat 90. – mówi w rozmowie z „DGP” Nick Szabo, który sam lansował przed laty projekt bitgold, w ogólnym zarysie mocno przypominający bitcoina. Prócz Szabo nad własnym systemem pracowali też tacy słynni w swoim środowisku hakerzy kryptografowie, jak Wei Dai czy Kalifornijczyk Hal Finney. Nakamoto wyprzedził ich wszystkich, choć Szabo nie jest do końca pewien, czy któryś z jego rywali nie ukrywa się za pseudonimem twórcy bitcoina.

Nie ma to zresztą większego znaczenia. Dla hakerów liczy się, że system ruszył i już można go nazwać najbardziej zaawansowanym cyberpieniądzem w historii internetu. Tylko w maju tego roku portal Mt.Gox, na którym handluje się za pomocą bitcoinów i wymienia je na amerykańską walutę, zanotował obroty rzędu 6 mln dol. Kto zainwestował w bitcoiny odpowiednio wcześnie, dziś może cieszyć się z sowitych zysków. Jeszcze pod koniec ubiegłego roku za bitcoina płacono kilkadziesiąt centów, w lutym wirtualna waluta złamała granicę jednego dolara, w maju skoczyła do 8 dolarów i wszyscy zaczęli spodziewać się rychłego załamania. Tymczasem w pierwszych dniach czerwca na Mt.Gox płacono już... grubo ponad 20 dolarów. Według niemieckiego „Spiegla” największy bitcoinowy potentat (jeden z pionierów ich odkrywania) dysponuje dziś ok. 300 tys. sztuk cyberwaluty. Gdyby ktoś kupił je od niego po obecnym kursie, dałoby mu to okrągłe 6 mln dol.

Czy jednak ta niegdysiejsza zabawa hakerów zapaleńców, która już przynosi liczone w milionach dolarów zyski, może stać się w przyszłości konkurencyjnym wobec dolara i euro środkiem rozliczeń finansowych? Eksperci mają problem z oceną perspektyw rysujących się przed bitcoinem. Zwolennicy podkreślają rewolucyjną siłę tkwiącą w jego niezależności i alternatywności.

– Bitcoin potencjalnie może uzupełnić światowy system finansowy o coś, czego obecnie bardzo brakuje – mówi nam Nick Szabo. Podkreśla, że dziś inwestor jest skazany na lokowanie pieniędzy albo w kontrolowanym przez banki centralne pieniądzu, albo w metalach szlachetnych. Niestety, żadna z tych opcji nie jest idealna. Kurs walut jest podatny na motywowane politycznie procesy inflacyjne czy dewaluację, natomiast złoto wymaga albo dzielenia się zyskiem z pośrednikami, albo skazywania się na koszty składowania.

– Bitcoin może się stać połączeniem najlepszych cech obydwu. Jego kurs wyznacza zdrowa gra podaży i popytu, ale też łatwo go przechowywać i handlować nim online bez angażowania osób trzecich – dodaje Szabo. Cyberpieniądz fascynuje też sprzedawców, dla których oparcie na nim modelu płatniczego oznaczałoby uniezależnienie się od obsługujących transakcje banków czy urzędów pocztowych. Redukcja tych kosztów mogłaby dać im z kolei pole do dalszego obniżania cen i pomóc w zdobyciu nowych klientów.

Bitcoin to także idealny środek wsparcia drobnych internetowych przedsięwzięć, z którego już korzystają blogerzy szukający środków finansowych na swą sieciową działalność i organizacje pozarządowe. Kto zaufa kryptowalucie Cyberwaluta – jak każdy nowatorski pomysł – budzi jednak również wiele obaw. Po części uzasadnionych. Swoich pieniędzy w bitcoiny nie zainwestowałby na przykład Sylvain Poirier, francuski matematyk i ekonomista, który sam od lat zajmuje się budową wiarygodnej cyberwaluty. – Jego twórcy może i są genialnymi kryptografami, ale nie mają pojęcia o polityce monetarnej. Nie wiedzą, że nie można ufać pieniądzowi, którego wartość nie jest oparta na niczym, nie wspiera jej absolutnie nikt, a jej kurs jest wysoce niestabilny – mówi w rozmowie z „DGP”. Jego zdaniem bitcoin to nic innego jak mała bańka spekulacyjna nadmuchana przez medialne zainteresowanie tematem, która wkrótce pęknie, zostawiając swoich amatorów z nic niewartym ciągiem cyfr na twardych dyskach komputerów.

Podobnego zdania jest Michael Froomkin, ekspert ds. nowych narzędzi finansowych ze szkoły prawa uniwersytetu wMiami. – Siłą tradycyjnych walut jest to, że mieszkańcy i podmioty gospodarcze jakiegoś kraju muszą jej używać, bo po prostu nie mają innego wyjścia. W ten przymusowy sposób tworzy się zaufanie do pieniądza, które nie powstanie raczej w sposób spontaniczny. Bitcoin nie może liczyć na status nowego dolara – mówi w rozmowie z nami. Załóżmy jednak, że cyberpieniądz uniknie spektakularnego załamania kursu i zacznie tworzyć wokół siebie aurę przewidywalności. Czy wtedy jest skazany na los waluty przyszłości? Możliwe.

Po drodze na pewno będzie musiał stawić czoła śmiertelnemu zagrożeniu ze strony władz państw narodowych, które nie będą tolerowały monetarnej konkurencji. – Pewnie zostanie poddany regulacji. Na przykład jako papier wartościowy, którym zresztą zgodnie z definicją jest – dodaje Froomkin. Są jednak i tacy, którzy widzą w bitcoinie olbrzymi potencjał i napawa ich to lękiem o przyszłość światowej gospodarki. Jason Calacanis, wpływowy amerykański bloger i inwestor z branży IT, już zdążył nazwać projekt cyberwaluty „najniebezpieczniejszym przedsięwzięciem ery internetowej, jaki do tej pory dane nam było oglądać”. Jego zdaniem anonimowy kanał obrotu tylko przyspieszy wzrost wpływów przestępczości zorganizowanej, która będzie mogła na potęgę prać brudne pieniądze.

Rządy z kolei stracą w ten sposób ważne źródło podatkowych dochodów, co zaowocuje ich nieuchronną destabilizacją. Nie mówiąc już o globalnym systemie finansowym, który ulegnie rozchwianiu do tego stopnia, że uwikłanie amerykańskich banków w spiralę kredytów hipotecznych sprzed trzech lat będzie tylko zabawnym wspomnieniem lekkiego kataru u osoby chorej na galopujące suchoty.

Zapłacić bitcoinami

Na razie fenomen bitcoina i jego rosnąca popularność bazują na fascynacji nowością. Jednak w dłuższym okresie prawdziwym testem powodzenia kryptowaluty stanie się jej faktyczna użyteczność w zwykłej gospodarczej codzienności. I to nie tylko wśród nielicznej grupy internetowych pasjonatów z Doliny Krzemowej, lecz również w krajach takich jak Polska.

Jak to wygląda dziś? Wizyta na polskim forum poświęconym cyberwalucie może napawać optymizmem. Strona jest żywa, ma wiele wątków i odnosi się wrażenie, że bitcoin trafił u nas na podatny grunt. Trudności pojawiają się, gdy próbujemy skontaktować się z kilkoma sklepami, które na forum ogłaszają gotowość do przyjmowania płatności w walucie przyszłości.

– Niestety nie przyjmujemy ofert w systemie bitcoin. Pojawił się problem, jak zgodnie z prawem zaksięgować taką wpłatę – mówi nam szef internetowego sklepu zoologicznego Zoozone.pl Łukasz Kulak. Nieco więcej zaradności wykazał Grzegorz Pyta, informatyk z Przygodzic w województwie wielkopolskim, który jest też (jak sam twierdzi) pierwszą osobą w Polsce, która kupiła bitcoiny (dziś takich osób jest kilkaset). Jego założony 1 lutego 2011 roku sklep internetowy z częściami samochodowymi od momentu powstania akceptuje płatności w nowej walucie.

– Działa to tak: klient przelewa mi bitcoiny. Jako osoba prywatna wymieniam mu je na złotówki i płacę z własnej kieszeni za towar, który zamówił. Firma przyjmuje wpłatę w złotówkach i nabija na kasę fiskalną. Potem wysyła zamówiony towar z dołączonym paragonem lub fakturą. Podatek jest płacony w złotówkach – tłumaczy nam Pyta. Problem polega jednak na tym, że jak dotąd nikt nie skorzystał z jego usługi. Historia biznesu pokazuje jednak, że dworowanie sobie z nowatorów jest wprawdzie łatwe, ale nie przynosi chluby, gdy ci stawiają wreszcie na swoim. Twórców Napstera, pierwszego portalu wymiany muzyki w systemie P2P, niemal od pierwszego dnia działalności ciągały po sądach firmy fonograficzne i legendy muzyki z Metallicą na czele. Po dwóch latach sądowej walki założyciele musieli zamknąć serwis.

Spopularyzowana przez nich metoda zaowocowała jednak powstaniem całej sieci podobnych przedsięwzięć w różnych krajach świata. Sprawiło to, że twórcy filmów i muzyki musieli zacząć szukać nowych modeli zarabiania na swoich produktach, których mimo zabezpieczeń nie dało się ochronić przed kopiowaniem. Podobnie może być z bitcoinem. Pomysł nie jest idealny. Choć lepszy od wszystkich dotychczasowych prób popularyzacji niezależnej cyberwaluty zakończonych fiaskiem (patrz ramka), może nie przetrwać w obecnej formie. Sama idea ma jednak przed sobą duże perspektywy. W naszym życiu będzie bowiem coraz więcej internetu, a postępująca globalizacja bez wątpienia poprowadzi świat w kierunku większej współpracy. Wówczas pomysł cyberwaluty jako alternatywy wobec dolara i euro czy też waluty pomocniczej jakiejś formy globalnego rządu będzie miał duże szanse powodzenia. Czy stanie się to za lat 10, 50 czy 100? Tego nikt dziś nie może przewidzieć.

Trudne początki cyberpieniądza

Bitcoin to nie pierwsza próba popularyzacji alternatywnej cyberwaluty. Żadnej z nich nie udało się jednak jak dotąd zdobyć dużej popularności i zagrozić pozycji tych najbardziej uznanych systemów pieniężnych.

Historycznie jedną z pierwszych prób był projekt DigiCash rozkręcany od 1990 roku przez Amerykanina Davida Chauma, jednego z najsłynniejszych kryptografów świata. Podobnie jak w przypadku bitcoinów system był w zasadzie stuprocentowo bezpieczny. Zbankrutował jednak w 1998 roku z powodu braku zainteresowania.

Marzenia o alternatywnym pieniądzu powróciły w 2003 roku, gdy wystartowała sieciowa gra „Second Life”. Jej sensem było prowadzenie drugiego życia w świecie online przy pomocy tzw. awatarów, czyli własnych komputerowych wcieleń. A ponieważ świat Second Life miał być lustrzanym odbiciem rzeczywistości, ważnym elementem stała się ekonomia z wirtualną walutą linden dolarem. Gracze mogli kupować ten pieniądz, płacąc zupełnie realnymi środkami finansowymi, a następnie nabywać za nie wirtualne nieruchomości czy samochody. Wlatach 2005 – 2006, gdy „Second Life” święciła największe triumfy, twórcy gry informowali o miesięcznych obrotach sięgających 3 mln dol. Moda na linden dolara stopniowo jednak gasła wraz ze spadającą liczbą aktywnych użytkowników. Choć dziś w „Second Life” gracze mają 20 mln zarejestrowanych kont, stale bawi się w nią nie więcej niż kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Najnowszą falę cyberpieniądza przyniosła ekspansja portali społecznościowych. Jest on na przykład dość popularny wśród użytkowników liczącego 20 tys. profili serwisu Hub Culture.Wprowadzona w życie w 2007 roku waluta ven pozwala robić zakupy w istniejących na kilku kontynentach Hub- -Pawilonach oraz dokonywać mikropłatności przez internet.Wartość vena jest powiązana z koszykiem kilku walut i dóbr (np. kredytów na handel dwutlenkiem węgla). Członkowie społeczności mogą też domagać się wpłat w venach za dostęp do niektórych stron online. Innym typem alternatywnych e-walut są systemy oparte na złocie. Ich pierwowzorem były certyfikaty posiadania kruszcu, którymi płacili sobie amerykańscy biznesmeni na przełomie XIX i XX w. Rewolucja internetowa doprowadziła do renesansu tego modelu. Najstarszą ze złotych walut alternatywnych był system e-gold stworzony w 1996 roku. Jego twórcy chwalili się, że liczba posiadaczy tego typu kont wzrosła z miliona w 2003 roku do 5 mln w 2008 roku. Mniej więcej w tym samym czasie twórcom e-gold zaczął jednak deptać po piętach amerykański Departament Sprawiedliwości oskarżający system o to, że jest pralnią brudnych pieniędzy. W 2009 roku e-gold został zlikwidowany.W jego miejsce wyrosły jednak nowe, takie jak pecunix, gbullion czy e-dinar. Za każdym razem schemat działania waluty jest podobny. Za prawdziwe pieniądze klient kupuje cyberwalutę w jednym z internetowych kantorów.Wartość e-golda czy pecuniksa jest oparta na aktualnej rynkowej cenie grama albo uncji złota.Walutą można płacić w rozliczeniach pomiędzy członkami systemu, podobnie jak linden dolarami czy venami. System – ze względów bezpieczeństwa – pozostaje jednak zamknięty na klientów z zewnątrz, więc jego siła nabywcza jest ograniczona. Jej zwolennicy podkreślają, że cyberwaluta oparta na złocie jest niepodatna na polityczną manipulację kursem i zależy wyłącznie od rynkowej ceny kruszcu.

Prócz bitcoina eksperci duże nadzieje na przyszłość wiążą z powstającym właśnie na zasadzie wolnego oprogramowania systemem Ripple.Według jego twórców system miałby być opartym na systemie peer-to-peer (P2P) portalem społecznościowym, na którym mogłyby się odbywać transakcje sprzedaży czy kredytowania. Pomiędzy użytkownikami nie byłoby żadnych pośredników w postaci banków narzucających stronom transakcji określoną walutę. Teoretycznie będzie to znakomite środowisko na rozwijanie projektu bitcoin, być może jednak Ripple stworzy zupełnie nowy system pieniężny. Na pełne rozwinięcie konceptu przyjdzie jednak jeszcze trochę poczekać.