Grzegorz Osiecki / DGP

Nawet wie, czym powinny się zajmować. Po pierwsze, przetwórstwem żywności, bo słyniemy z tego od Jagiellonów (ciekawe, czemu nie od Piastów, w końcu o obfitości żywności za Mieszka I wspomina już Ibrahim ibn Jakub). Po drugie, odnawialną energią i po trzecie, meblami. Do tego potrzebne są restrykcje dla kapitału, który chciałby uciekać z Polski. A w ogóle kapitalizm jest be, choć z drugiej strony to właśnie on miałby gwarantować, że fabryki zbudowane przez urzędników nie skończą jak te w PRL.

W odpowiedzi anegdota właśnie z PRL. Jeden z profesorów ekonomii pytał studentów: Co produkuje przedsiębiorstwo? Odpowiedzi, choć różne, były konwencjonalne: samochody, lodówki, wagony, ubrania. Ale prawdziwa odpowiedź sprowadzała się do jednego: Przedsiębiorstwo produkuje zysk. Tylko że Janusz Palikot, jako przedsiębiorca, choć teraz w innej branży, świetnie to rozumie. Wie, że jeśli państwo, czyli urzędnicy, których przy innych okazjach chętnie krytykuje, zacznie budować fabryki, to ich los nie będzie inny niż tych w PRL. Podobnie jak wie, że jeśli wprowadzi restrykcje mające zapobiec ucieczce kapitału z Polski, to ten kapitał, który tu ma fabryki, zacznie się zastanawiać, czy jednak nie wyjść, a ten, który rozważa wejście do Polski, pójdzie gdzie indziej.

Także Leszek Miller, jeśli proponuje 50-proc. podatek dla najbogatszych, to wie, że proponuje w zasadzie fikcję. Bo najbogatsi, jeśli jeszcze tego nie zrobili, znajdą sposób na optymalizację podatków za granicą. Przewodniczący SLD może zresztą zapytać, jak się to robi, swojego politycznego konkurenta. Ale Leszek Miller też rozumie gospodarkę, bo obniżył CIT i był jedynym premierem, który proponował podatek liniowy.

Wytłumaczenie tego wydaje się proste. Dzieje się to, co opisywał Kisiel: my, wyborcy, traktując polityków poważnie, gramy z nimi w szachy, a oni z nami w dupniaka.