Sebastian Vettel z Red Bulla pierwszy. Kimi Raikkonen drugi, Romain Grosjean – trzeci. Dwaj ostatni z Lotusa. Zwycięstwo Niemca było pierwsze w tym sezonie, i po jego wcześniejszych słabszych wynikach można powiedzieć: nareszcie! No i klęska McLarena. Lewis Hamilton ósmy, były mistrz świata Jenson Button nie dojechał do mety, zaliczając awarię na przedostatnim okrążeniu.

Tak wyglądały emocje podczas niedawnego wyścigu F1 w Bahrajnie. Temu się powiodło, tamten zawiódł. Zwykłe zawody. Ale czy rzeczywiście? Mówimy o Grand Prix Bahrajnu, kraju, w którym trwają ostre starcia polityczne, gdzie demonstranci już kilkanaście miesięcy temu wyszli na ulice, a zamieszki zostały przez władze brutalnie stłumione. Jednak, jak widać, zawody się odbyły, choć nie brakowało wątpliwości, czy wyścigowa karuzela powinna pchać się tam, gdzie sytuacja polityczna jest co najmniej wątpliwa. Wątpliwości pozostały w cieniu i w ocenie komentatorów sportowych z całego świata pieniądze zwyciężyły. Bahrajn wypłacił się organizatorom zawodów F1, przelał naprawdę spory haracz zawodnikom czy zespołom. A ci wobec tak dużych pieniędzy nie byli w stanie odmówić.

Pewnie i prawda. Bahrajn łamie prawa człowieka. Pewnie zawody F1 zupełnie mu się nie należą. Tylko z tymi pieniędzmi nie do końca wszystko się zgadza. Być może wielka firma działająca pod szyldem Formuła 1 do odpowiedniego biznesu potrzebuje wpływów z Bahrajnu jak kania dżdżu. Problem jednak polega na tym, że nie tylko ten emirat płaci tym kilkunastu szaleńcom, którzy za punkt honoru postawili sobie, by ścigać się z prędkością 300 km/h. To my wszyscy płacimy Bahrajnowi i jeszcze kilkunastu innym państwom, żeby zabawa w F1 mogła się odbyć.

W składowych częściach ceny ropy kluczową rolę odgrywa różnica między ceną sprzedaży surowca na zewnątrz i kosztami jego wydobycia. Oczywiście w grę wchodzą także różne marże, w tym koncernów wydobywczych, i podatki rządowe. Tyle że tego rodzaju opłaty w skrajnych wypadkach potrafią podbić cenę baryłki o połowę. I drugi znaczący fakt – różnica pomiędzy ceną wydobycia a ceną sprzedaży na zewnątrz staje się coraz większa. Rekordy bije w takich krajach jak Wenezuela, chociaż w niektórych państwach arabskich też pozostaje imponująca.

Ta różnica to nic innego jak podatek, specjalna opłata za to, żeby obywatelom państw zasobnych w ropę nie przychodziły do głowy żadne dziwne pomysły. Tych 30, 40, 50 dolarów różnicy zostaje a priori wliczone w budżety państw takich jak Arabia Saudyjska, które zapowiedziały, że nie pozostaną głuche na potrzeby społeczeństwa. Za wysokie ceny paliw jest zatem w pewnym stopniu odpowiedzialna arabska wiosna, która przetoczyła się przez kraje północnej Afryki i spowodowała wrzenie w emiratach nad Zatoką Perską. Ten pewien stopień jest obliczany przez ekspertów na 20 dol. za baryłkę w ogólnej puli ropy dostępnej na świecie. Tyle zatem kosztuje Europejczyka albo przewrót polityczny w państwach arabskich, albo desperackie zabezpieczenie się przed tymże przewrotem.

Reklama

Jednak bardzo ciekawe jest równocześnie coś innego. GP Bahrajnu jednak się odbyło, co więcej, w rywalizacji uczestniczyły przede wszystkim zespoły europejskie. Tymczasem ta sama Europa, w postaci polityków z Brukseli i z Berlina, głośno zapowiada bojkot finałów mistrzostw Europy w piłce nożnej na ukraińskich stadionach. Nie jestem w stanie określić stopnia łamania praw człowieka w Bahrajnie i na Ukrainie. Nie ma bezwzględnej skali. To, co jednak da się powiedzieć z dużą pewnością, sprowadza się do jednego słowa: interesy. Europa i Niemcy nie mają z Ukrainą tak szerokich kontaktów gospodarczych, jak z państwami arabskimi. Co więcej, sytuację w Rosji uznają za całkowicie w porządku, skoro nie słychać na razie większych głosów protestu przeciwko zimowym igrzyskom olimpijskim w Soczi.

Ale najbardziej uderzające jest to, że jeśli sytuacja z Euro na Ukrainie zostanie zaogniona, rykoszetem dostanie też Polska. Państwo, które kompletnie nie miało udziału w powstaniu obecnego zamieszania. Państwo, które podczas organizacji Euro 2012 podjęło bezprecedensowy wysiłek, także finansowy. Państwo, na które można narzekać, ale które spełnia wszelkie standardy demokracji.

Tymczasem już teraz część europejskich polityków zapowiada bojkot Euro zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie. Powiedzmy wprost: wobec Polski to oburzające. I jeszcze jedno – postawa wobec Euro będzie testem. Nie wobec naszego kraju, bo my ten test już zdaliśmy. Będzie sprawdzianem dla Europy – na ile rzeczywiście istotne są dla niej prawa człowieka, a na ile pieniądz i towarzyszący im cynizm.

Marcin Piasecki / Forsal.pl