Czy można dziś wyrokować o sensowności pewnej decyzji finansowej sprzed ponad 150 lat? Można próbować. Taką próbę podjął amerykański ekonomista. I wyszło mu, że kupno Alaski przez Stany Zjednoczone w roku 1867 było jednym z najgorszych interesów w historii USA.

Zaraz, zaraz, czy na pewno mówimy o tej samej Alasce, rozległej mroźnej krainie na południowo-zachodnim krańcu Ameryki Północnej, zasobnej w takie skarby jak ropa naftowa, miedź, złoto, nie mówiąc już o foczych futrach? A co by się stało, gdyby w czasie zimnej wojny Alaskę kontrolował ZSRR? David R. Barker bierze pod uwagę wszystkie te argumenty. Jego wyrok jest jednoznaczny: 7,2 mln dol. w złocie zapłacone w roku 1867 przez sekretarza stanu USA Williama H. Sewarda rosyjskiemu carowi Aleksandrowi II nigdy nie zwróciło się amerykańskiemu podatnikowi.

Jak w ogóle policzyć rentowność tak złożonej inwestycji jak kupno Alaski? Na początek trzeba uświadomić sobie jej faktyczny koszt. Po uwzględnieniu inflacji 7,2 mln dol. z roku 1867 rośnie do dzisiejszych 150 mln dol. Dużo bardziej miarodajna jest jednak suma 16 mld dol. Tyle kosztowałaby dziś Alaska, gdyby Hilary Clinton przeznaczyła na nią taki sam odsetek amerykańskiego budżetu co Seward w roku 1867. Oczywiście należy pamiętać o długu (odsetki wynosiły 7,3 proc.) zaciągniętym przez wykrwawione zakończoną właśnie wojną secesyjną Stany Zjednoczone na poczet kupna ogromnej połaci niegościnnej ziemi wiele tysięcy kilometrów od Waszyngtonu.

Dopiero teraz można próbować szacować zyski. Nie są nimi wpływy podatkowe do budżetu federalnego, bo w drugą stronę (jak się za chwilę przekonamy) płynie od 150 lat dużo więcej pieniędzy. Owszem, Alaska okazała się krainą zasobną w bogactwa naturalne, których wartość wielokrotnie przekracza sumę odstępnego dla carskiej Rosji – np. złoto odkryte tam pod koniec XIX wieku. Tyle że zyski z wydobycia cennego kruszcu trafiły w całości do prywatnych kieszeni poszukiwaczy. Amerykański fiskus wyciągnął wnioski z tej porażki i próbował zapewnić sobie procent od wydobycia alaskańskiej ropy, które ruszyło w latach 50. XX wieku. Ale i tu szczególnie się nie nasycił. Aż do lat 70. ropa z Alaski była o wiele droższa niż ta z Bliskiego Wschodu. A po kryzysie naftowym firmom wydobywczym udawało się wywalczyć ulgi i zwolnienia podatkowe. Barker szacuje, że do końca lat 80. zyski budżetu z alaskańskiego czarnego złota wyniosły ledwie 20 proc. tego, co zakładano dekadę wcześniej.

Oczywiście nie wszystkie profity da się przełożyć na pieniądze. Przecież gdyby nie przejęcie Alaski, w czasie zimnej wojny w Anchorage stacjonowałaby Armia Czerwona. I ten argument łatwo obalić. Dla carskiej Rosji Alaska była niemal niemożliwa do utrzymania, a pomysł sprzedaży zrodził się na dworze Aleksandra II. Gdyby nie kupił jej Seward, pewnie przypadłaby w końcu Brytyjczykom lub później Kanadzie. Na długo zanim komukolwiek na Kremlu miałoby się przyśnić, że kiedyś Ameryka będzie dla Rosji największym strategicznym wrogiem.

Tyle po stronie zysków. A koszty? Zarządzanie Alaską nigdy do tanich nie należało. To największy stan USA, jednocześnie najmniej zaludniony. Zapewnienie mu rozsądnej infrastruktury kosztowało Waszyngton krocie. Tylko budowa kolei w latach 1915 – 1924 pochłonęła ok. 53 mln dol. Podobnie było potem z drogami, siecią energetyczną czy ochroną wojskową. A koszt alternatywny, czyli inne sensowne rzeczy, które można by zrobić z 7,2 mln dol. w roku 1867? Według Barkera same tylko roczne odsetki od tej sumy pozwoliłyby np. na zapłacenie pensji 2 tys. ówczesnych nauczycieli.

W sumie eksperyment Barkera to fascynująca zabawa z pogranicza historii i ekonomii. Nie bierze pod uwagę tylko jednego. Jak wielką stratą byłby brak serialu „Przystanek Alaska” opowiadającego o perypetiach młodego nowojorskiego lekarza Joela Fleischmanna, który próbuje nieść kaganek oświaty mieszkańcom miasteczka Cicely. Serial był w latach 90. wielkim hitem. Również w polskiej telewizji.

Ekonomiczny wyrok Davida R. Barkera jest jednoznaczny: 7,2 mln dolarów w złocie zapłacone przez sekretarza stanu Williama H. Sewarda rosyjskiemu carowi Aleksandrowi II nigdy nie zwróciło się amerykańskiemu podatnikowi.