RFN wydaje miliardy euro na politykę prorodzinną. Wszystko na nic – efekty przynosi jedynie budowa nowych przedszkoli.
„Der Spiegel” dotarł do rządowego raportu, który analizuje przyczyny tego stanu rzeczy.
W 2011 r. – ostatnim, dla którego Eurostat przedstawił zbiorcze dane dla całej Unii Europejskiejwspółczynnik dzietności, czyli liczba dzieci przypadających na jedną kobietę, wyniósł w Niemczech 1,36. Spośród państw starej Unii równie zły wynik osiągnęły jedynie Hiszpania i Portugalia. Dla pełnej zastępowalności pokoleń (nie uwzględniając imigracji) potrzeba wskaźnika co najmniej 2,05. Wśród państw OECD wynosi on 1,74.
Tymczasem programy prorodzinne nad Renem należą do najdroższych w Europie. Niemcy wydają na nie 3,1 proc. swojego PKB (63 mld euro rocznie), podczas gdy średnia w państwach OECD wynosi 2,6 proc. Najwięcej środków – 40 mld euro – kosztują dodatki na dziecko. Rodzice dostają miesięcznie 184 euro na dziecko, trzy razy więcej niż w latach 70. (uwzględniając inflację). „To dość drogi fiskalnie sposób na zapobieganie ubóstwu, co więcej – niewytwarzający pozytywnych efektów w sferze zatrudnienia” – cytuje rządowy raport niemiecki tygodnik.
Zdaniem „Spiegla”, podobne metody zniechęcają kobiety z klasy średniej do podejmowania pracy. A tej w Niemczech akurat nie brakuje. Tymczasem plany rządu idą w drugą stronę. Z inicjatywy koalicyjnej bawarskiej Chrześcijańskiej Unii Społecznej (CSU) od sierpnia budżet będzie wypłacał 100 euro dodatku dla matek, które zdecydują się pozostać przy dziecku w roli gospodyń domowych. – Nie traktuję polityki rodzinnej jak banku inwestycyjnego, skupionego wyłącznie na maksymalizacji zysku. Chodzi bardziej o solidarność międzyludzką – mówi na łamach tygodnika minister ds. rodziny Kristina Schroeder.
Autorzy 66-stronicowego raportu, przygotowanego przez szwajcarski instytut Prognos, utrzymują, że znacznie bardziej efektywne byłoby zwiększenie liczby działających przedszkoli. I podają przykład kilku gmin w zachodnich Niemczech, w których zwiększenie tego typu instytucji o 10 proc. w ciągu zaledwie dwóch lat doprowadziło do poprawy wskaźnika dzietności na ich obszarze z 2,4 do 3,5. W tę stronę idzie też coraz więcej samorządów rządzonych przez chadecję. „Spiegel” podaje przykład 22-tysięcznego miasteczka Sonneberg w Turyngii, w której produkuje się znane także w Polsce (z czasów PRL) elektryczne modele pociągów.
W enerdowskiej dawniej miejscowości wybudowano niedawno otwarty 24 godziny na dobę ośrodek opieki nad dziećmi. W zamyśle ma to pomóc pracownikom dwóch lokalnych szpitali i fabryki samochodów, w których ludzie pracują na zmiany, także nocami. Inicjatorką projektu była burmistrz Sonnebergu Sybille Abel. Poza całodobowym w mieście funkcjonuje 13 innych, zwykłych przedszkoli. – My w dawnej NRD mamy inne priorytety – tłumaczy Abel.
Finansowy parasol to mało, by zachęcić do rodzenia dzieci Reuters/Forum / Dziennik Gazeta Prawna