W jednym z warszawskich warzywniaków kilka tygodni temu pojawiła się na szybie kartka z napisaną niebieskim długopisem informacją: w każdy wtorek rozdajemy jedzenie potrzebującym. – Czasy są trudne, chcieliśmy zrobić coś dla tych, którym powodzi się gorzej. Przychodzą starsze panie i pakujemy im do siatek warzywa – opowiada sprzedawczyni. Skąd pomysł? – Po prostu trzeba pomagać bliźnim – mówi. Co prawda kartka zniknęła po kilku tygodniach (zwabiała okolicznych pijaczków, którzy w trakcie dłuższych nasiadówek wpadali, w stanie mocno wskazującym, po zakąski). Ale ci, którzy pytają, pomoc wciąż otrzymują. W żartach małżeństwo prowadzące sklep martwi się tylko, by nie było jak z tym piekarzem, co to biednym chleb oddawał, a potem ścigał go urząd skarbowy. Wydaje się to symptomatyczne, że wielu społecznikom i aktywistom państwo jawi się bardziej jako podmiot, który problemy tworzy, niż je rozwiązuje.

Dożywianiem zajmują się też młodzi ludzie z inicjatywy „Jedzenie zamiast bomb”, która działa w kilku miastach Polski, m.in. w Łodzi i Warszawie. Założenie jest dosyć proste. Czasem się zrzucają, czasem proszą targowych sprzedawców o warzywa i sami, we własnych kuchniach, własnym sumptem przygotowują posiłki dla potrzebujących. Jak czytamy na stronie internetowej łódzkich aktywistów, „Duża liczba potrzebujących i bezdomnych koczujących na dworcach spowodowała pod koniec 2000 r. zawiązanie się lokalnej grupy Food Not Bombs. Warunkiem uczestnictwa jest jedynie antypartyjność i chęć niesienia pomocy innym. Ze względu na kilkukrotne propozycje współpracy ze strony różnych młodzieżówek partyjnych przerobiliśmy nieco hasło naszej akcji na „Jedzenie zamiast kłamstw”, sprzeciwiając się innym grupom w mieście, które poprzez rozdawanie jedzenia pragną pozyskiwać wyborców czy wyznawców religijnych”.

Akcja jest całkowicie oddolna, nie ma żadnych legitymacji partyjnych ani innych sformalizowanych form potwierdzających uczestnictwo. U źródeł powstałego na Zachodzie ruchu leży przeświadczenie, że „państwo wydaje pieniądze na bezsensowne i niepotrzebne cele, kiedy wielu jego obywateli głoduje”. Dochodzi też krytyka wyrzucania żywności i wydawania pieniędzy na zbrojenia. Struktura jest całkowicie nieformalna, poszczególne grupy nie tworzą żadnych fundacji ani stowarzyszeń.

Bo samochód rozjeżdża trawnik

Wydaje się, że najwięcej tych, którym chce się chcieć, przyciągają ruchy zajmujące się szeroko rozumianą walką o środowisko. – Wzdłuż komina jest drabina i tam trzeba się wspiąć jakieś 130 metrów. Na górze jest strasznie mało miejsca – opowiada Katarzyna Guzek, która w ubiegłym roku brała udział w akcji wejścia na chłodnię kominową elektrowni Turów – protestowi przeciwko wspólnemu spalaniu węgla i biomasy, które było przedstawiane jako sposób na czystą energię. Jednak ówczesny minister gospodarki Waldemar Pawlak szybko zgodził się na rozmowy z przedstawicielami Greenpeace, tak więc aktywiści organizacji zeszli na dół już po kilku godzinach. Tam czekała na nich policja. W areszcie spędzili dwie noce, ale późniejsza rozprawa zakończyła się warunkowym umorzeniem z powodu niskiej szkodliwości czynu, jakim było wtargnięcie na teren elektrowni.

Bardziej nieprzyjemnie było kilka lat wcześniej, po wdrapaniu się na komin największej europejskiej elektrowni węglowej w Bełchatowie. – Choć wiedzieliśmy o tym od początku, kiedy już dostaliśmy się na górę, zaskoczyło nas to, że komin działa i wydmuchuje parę wodną. A czasem, gdy akurat wiatr zawiał w naszą stronę, robiło się gorąco – wspomina Guzek.

Zdecydowanie chłodniej było za to w czasie protestu przeciwko budowie drogi Via Baltica przez dolinę Rospudy, gdzie protestujący spędzili dużo czasu na drzewach. – To był luty, ale mieliśmy po dwa śpiwory i dobre ubrania, tak więc pobyt na górze nie był aż tak uciążliwy – wspomina aktywistka.

Skąd motywacja do takich działań? – W moim wypadku to naturalna kolej rzeczy. Najpierw chodziłam na demonstracje, brałam udział w kampaniach w necie. Było oczywiste, że trzeba iść krok dalej. Moim zdaniem akcje bezpośrednie są kwintesencją społeczeństwa obywatelskiego. To forma wyrażania opinii, mocny sygnał do rządu czy władz lokalnych, że zmiana jest potrzebna – wyjaśnia Katarzyna Guzek.

Podobnie uzasadnia swoje działania Monika Pec-Święcicka, która we Wrocławiu organizuje spotkania pod znakiem Zielonej Adrenaliny. – To akcja oddolna, całkowicie non profit. Intensywność zależy od liczby wolontariuszy i czasu. Ale chcemy promować ideę, że mieszkańcy mogą wpływać na losy miasta – mówi architekt krajobrazu.

Aktywistki zorganizowały warsztaty, na których mieszkańcy czterech osiedli zaprojektowali tereny zielone w swojej okolicy. By służyć fachową radą, byli z nimi architekci krajobrazu. Ale to nie do nich należał decydujący głos. Później sami mieszkańcy plany przenieśli do rzeczywistości i skwery pięknie zakwitły. – To nie może być do końca partyzantka, bo potem nie ma tego komu pielęgnować. Zbieramy ludzi, którzy się zgodzą sadzić, ale później także o te miejsca dbać – wyjaśnia Pec-Święcicka.

Zielona miejska partyzantka

Skąd inspiracja? Blog ZielonaAdrenalina.blogspot.com przytacza historię powstania tzw. Green Guerilla, czyli zielonej partyzantki. „Po raz pierwszy to pojęcie było użyte przez Lic Christy i jej grupę zazieleniającą nieużytkowane tereny na obszarze Bowery Houston w Nowym Jorku już w 1973 r. Wtedy to zmienili pierwszą zdegradowaną działkę w ogród. Plac pielęgnowany jest do tej pory przez wolontariuszy i Departament Parków Miasta. Jest to ruch sadzenia roślin w miejscach zaniedbanych lub pozornie do tego nieprzeznaczonych, w celu zmiany otoczenia i sprzeciwienia się bezczynności w sferze atrakcyjności terenów publicznych. Czasem działania te niosą za sobą jedynie zmiany w estetyce, ale czasem też służą zademonstrowaniu instalacji artystycznych czy też swojego sprzeciwu wobec władz, działań politycznych, bezczynności itp.”.

Choć w Polsce takie akcje należą do rzadkości, o ich sile tuż za miedzą, bo w Berlinie, może świadczyć to, że pod koniec ubiegłego roku ponad 30 tys. osób podpisało się w obronie Prinzessinnengarten, czyli pustego placu, nieużytku, który w 2009 r. został przekształcony w działkę, gdzie okoliczni mieszkańcy hodują warzywa. Pod ich presją władze miasta ustąpiły i miejsce pozostanie w dotychczasowym kształcie.

Na taką uwagę społeczną nie mógł liczyć pan Marcin z warszawskiego Muranowa, którego strasznie irytowało to, że jego trawnik pod blokiem regularnie rozjeżdżają samochody. Zastawił wjazd kamieniami, ale to nie pomogło, bo kierowcy je po prostu odsunęli. W końcu z przyjacielem wbetonowali je w ziemię, a trawnika nikt już nie rozjeżdża. – Proszenie o zgodę administracji pewnie by nic nie dało. Samo pójście do zarządu wspólnoty zajęłoby mnóstwo czasu i wcale nie wiadomo, czy wydałby zgodę. A tak szybko i skutecznie naprawiłem to, co mnie drażniło – opowiada warszawiak.

Będzie ich (nas) więcej?

O ocenę zielonych inicjatyw spytaliśmy władze Warszawy. – Fajnie, że ludziom chce się chcieć. Dobrze, gdy mówią, że czasem coś się nie podoba – każda konstruktywna krytyka jest na wagę złota – stwierdza Agnieszka Kłąb, rzeczniczka Urzędu m.st. Warszawy. – Z tym że jeśli robią fajne rzeczy w uzgodnieniu z nami, jest większa szansa na to, że będą trwałe – dodaje urzędniczka.

Społecznicy zazwyczaj nikogo jednak nie proszą o pozwolenia na cokolwiek. Po prostu zaczynają działać, rozwiązują problem, który ich bezpośrednio interesuje. Ilu ich jest? Nikt tego nie wie. Takich działań dane statystyczne nie uchwycą. Trudno ocenić faktyczny poziom tego, czy ludziom się chce. Choć mamy w Polsce ponad 80 tys. organizacji pozarządowych i prowadzone są różne badania dotyczące wolontariatu, to te liczby nie uwzględniają tego, że wielu społeczników robi rzeczy bez żadnej próby formalizacji swoich działań. A nawet jeśli podejmują trud wejścia do systemu, to dopiero po pewnym czasie.

– Zaangażowanie kłóci się z pewną ekonomią myślenia i działania człowieka, z jego chęcią utrzymywania status quo. Z normą, która większą aktywność traktuje jako coś złego. To właśnie tacy zaangażowani tworzą społeczeństwo obywatelskie, którego idea zakłada, że ludziom się chce – tłumaczy Marcin Zarzecki, socjolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. – Ich motywuje samo działanie. Mają potrzebę zmiany świata, przypuszczam, że jest to cecha charakterologiczna wynikająca z braku obojętności na zastaną rzeczywistość – zastanawia się naukowiec.

To właśnie z powodu takiej niezgody zaczął działać Marek Jasiński. – Miałem kłopoty z biurokratami. Mieszkam w komunalnej kamienicy, która w ogóle nie była remontowana. Do działania popchnął mnie urzędnik, który powiedział, że jego nie interesują stare protokoły, a tylko te, które on sam napisze. I tak zacząłem działać – wspomina nieformalne początki zarejestrowanego już Komitetu Obrony Lokatorów.

Zaczęło się więc wspólne pisanie pism, dyżury, w czasie których ludzie z podobnymi kłopotami mogli zdobyć poradę, jak działać, a także najbardziej spektakularna część działalności, czyli blokowanie eksmisji.

W praktyce wygląda to tak, że dwie, trzy osoby wchodzą do środka lokalu, a reszta czeka na schodach, na klatce i blokuje dojście. – To bierna obrona, wzywamy wtedy komornika i policję do odstąpienia od eksmisji. W zależności od rozwoju akcji siedzimy, krzyczymy, czasami się ludzie barykadują i nikogo nie wpuszczają. Oczywiście nie biją się z policją, funkcjonariusze ich po prostu wynoszą. Ludzie dostają mandaty, są sprawy sądowe. Ostatnio uczestnik akcji został oskarżony o zablokowanie eksmisji komorniczej – opowiada Jasiński i dodaje, że z jednej strony jest adrenalina, z drugiej bezsilność, że nie da się przeciwstawić urzędnikom.

Samych mieszkań komunalnych jest w Warszawie 80 tys., a ponad połowa z nich jest zadłużona. Eksmisji można się zatem spodziewać więcej. W przeciwieństwie do akcji związanych z zielenią na działalność Jasińskiego władze miasta patrzą krytycznie. – Tych, którzy blokują eksmisje, pozytywnie ocenić nie mogę. Proszę pamiętać, że eksmisja to finał długich lat zaniedbań i zadłużeń. Tym ludziom warto pomagać wcześniej, a nie jak już popadną w duże kłopoty – mówi Agnieszka Kłąb z warszawskiego ratusza.

Małżeństwo z warzywniaka, które chce pomagać potrzebującym, wejście na komin w obronie klimatu, blokowanie eksmisji czy wreszcie wbetonowanie kamienia w trawnik, by zagrodzić drogę samochodom. Co łączy te zachowania? – To dowód na to, że wśród nas są ludzie, których zazwyczaj nazywamy bohaterami. Bez nich brakuje impulsu, który zainspiruje innych – stwierdza socjolog Marcin Zarzecki. – Nie budują kapitału politycznego ani ekonomicznego. Kierują się raczej wewnętrznym żyroskopem uczciwości. Wychodzą z założenia, że jeśli sam nic nie zrobisz, to nikt nic nie zrobi. Małymi kroczkami i działaniami mogą uczynić ten świat lepszym. Ciągle mówimy, że szukamy dobrych praktyk. To są właśnie takie dobre praktyki i prawdziwe działania wzorcotwórcze. Trzeba je tylko wykorzystać.