Zmiany wprowadza nowy szef Urzędu Ochrony Konstytucji Hans Georg Maassen. 51-letni doktor nauk prawnych dostał od niemieckiego rządu jasne zadanie: odbudować zaufanie publiczne do powołanego w 1950 r. urzędu.

Maassen zaczął reformy w sposób symboliczny – od powieszenia na drzwiach swojego gabinetu tabliczki z nazwiskiem (pierwszy taki przypadek w historii urzędu). Przejrzystości ma być więcej. Mniej za to działania na własną rękę poszczególnych regionalnych delegatur, które cieszyły się dotąd znaczną autonomią. Z inicjatywy Maassena powstanie więc na przykład centralny rejestr agentów (V-Mannów). Oficerowie prowadzący będą się też wymieniali agentami w trybie pięcioletnim.

Dotąd informacje o źródłach stanowiły najsłodszą tajemnicę każdego oficera urzędu. Było to uzasadniane potrzebą budowy zaufania z informatorami. Miało też utrudniać dekonspirację. W praktyce prowadziło jednak do tego, że informatorów było wielu. Płynące od nich dane były jednak z sobą sprzeczne i rzadko wnosiły coś nowego. Na dodatek państwo niemieckie nie bardzo wiedziało, ilu i gdzie ma swoich V-Mannów. Czasem wychodziły z tego wręcz paradoksy. Bo za każdym razem, gdy niemiecki rząd chciał delegalizacji takich ugrupowań, jak neonazistowskie NPD, sądy odrzucały wniosek, dowodząc: „Skąd możemy wiedzieć, że gdy działacz NPD zostanie przyłapany na podżeganiu do nienawiści rasowej, to tak naprawdę nie robi tego ukryty agent BfV?”.

Rozbudowana zostanie też współpraca oficerów urzędu z innymi organami. Do tej pory te dwa światy bowiem raczej się nie przenikały. Urząd Ochrony Konstytucji miał za zadanie wyłącznie zbieranie informacji o podejrzanych osobach. To zniechęcało do pracy jej oficerów. W końcu prawie nigdy nie widzieli efektów swojej pracy. Teraz ma to się zmienić dzięki bliższej współpracy np. z policją. Czy to wystarczy, by przywrócić urzędowi dawny blask? Pewnie musi. Po wpadce z 2011 r. rząd Angeli Merkel zapowiedział już bowiem wyraźnie: albo Urząd Ochrony Konstytucji się zreformuje, albo... przejdzie do historii.

BfV jest odpowiedzialny za inwigilację grup uważanych za niebezpieczne dla RFN: od skrajnych lewicowców przez scjentologów po skrajną prawicę i islamistów. Urząd stracił zaufanie w 2011 r., gdy wyszło na jaw, że liczący 6 tys. pracowników, dysponujący sporym budżetem, wielką polityczną niezależnością i rozległą siatką agentów BfV przeoczył istnienie groźnej grupki neonazistowskich ekstremistów, którzy przez siedem lat mordowali bezkarnie tureckich imigrantów. Gdy sprawa wyciekła do mediów, ówczesny szef urzędu zamiast uderzyć się w piersi, został przyłapany na... niszczeniu dokumentów. Prawdopodobnie, by ukryć bierność i bezradność swoich ludzi w zwalczaniu neonazistowskiego półświatka.