9 tys. spółdzielni, 8 mln członków i 65 mld zł przychodów rocznie. Tak wygląda polska spółdzielczość w liczbach zawartych w uchwale Polskiego Kongresu Spółdzielczości z końca ubiegłego roku. Jednak dane te mogą nieco mylić. Większość spółdzielców (ponad 4,2 mln) to członkowie spółdzielni mieszkaniowych, reliktu PRL kojarzonego głównie z nieprawidłowościami. Przykładem jest choćby działalność prezesa jednej z SM w Warszawie o przydomku „Słońce Natolina”, którego po odwołaniu ze stanowiska z gabinetu musiała wyprowadzać policja, bo trzymał się stołka w sensie dosłownym. Albo afera korupcyjna w olsztyńskiej spółdzielni „Pojezierze”, dzięki której karierę polityczną rozpoczęła posłanka PO Lidia Staroń. Jednak takich przypadków będzie coraz mniej. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, liczba mieszkań zarządzanych przez spółdzielnie spada i wynosi obecnie ok. 2 mln, a więc ponad 0,5 mln mniej niż jeszcze dwa lata temu.

Jednak nawet jeśli zostawimy na boku spółdzielnie mieszkaniowe, to i tak zostaje jeszcze liczba prawie 4 mln członków, a to robi wrażenie. Więcej niż co dziesiąty Polak jest spółdzielcą, i to licząc noworodki! Drugą najliczniejszą grupą są zrzeszeni w spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych, zwanych popularnie SKOK-ami. Jest ich w sumie ponad 2,2 mln. To nie powinno dziwić, bo tradycje tego typu bankowości są na polskich ziemiach długie. Pierwszą wiejską spółdzielnię oszczędnościowo-pożyczkową założył w 1889 r. Franciszek Stefczyk w Czernichowie koło Krakowa. Co ciekawe, wzorował się na austriackim działaczu społecznym Friedrichu Wilhelmie Raiffeisenie. To właśnie z części kas zakładanych przez niego wyrósł dzisiejszy gigant bankowy Raiffeisen.

Czym się dziś różnią SKOK-i od banków? – To instytucje w dużej mierze środowiskowe, co ma swoje wady i zalety. Nie są tak przesycone technologią, przez co taniej mogą świadczyć usługi niż banki komercyjne – mówi profesor Krzysztof Opolski z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. – Z drugiej strony czasem tracą obiektywność, ponieważ mają właśnie służyć społeczności lokalnej. Choć część z nich wymaga pewnego intelektualnego dokapitalizowania, to jest to bardzo dobra formuła bankowości, która uzupełnia ofertę wielkich banków korporacyjnych. Proszę pamiętać, że idea spółdzielczości jest wspaniała i powinna być przydatna szczególnie dla takiej gospodarki jak nasza, gdzie motorem rozwoju jest sektor małych i średnich przedsiębiorstw – dodaje ekonomista. Wbrew pozorom aktywa kas nie są małe i wynoszą obecnie ponad 15 mld zł. Choć oczywiście w porównaniu z klasycznym sektorem bankowym wypada to dosyć blado: największy polski bank PKO BP ma aktywa o wartości ok. 200 mld zł.

Spółdzielnie bardziej odporne na kryzys

Jeśli spojrzeć na zasady ruchu spółdzielczego, to wydają się one zbiorem wytycznych, którymi powinien kierować się każdy przedsiębiorca. Sformułowali je tkacze z Rochdale w Anglii, kiedy to w 1844 r. powołali pierwszą na świecie Spółdzielnię Sprawiedliwych Pionierów. Głównym celem działania takiej kooperatywy nie jest zysk, ale dobro spółdzielców. Jak głosi jedna z zasad, „Członkowie równomiernie składają się na majątek i demokratycznie go kontrolują. Część tego majątku jest niepodzielna i stanowi własność spółdzielni. Zazwyczaj członkowie nie otrzymują dywidendy od swoich udziałów, stanowiącej warunek ich członkostwa, lub otrzymują bardzo małą”. Zasady te można znaleźć na stronie Krajowej Rady Spółdzielczej, organu, który z mocy ustawy ma spółdzielnie w Polsce w pewien sposób nadzorować.

Korzenie ruchu spółdzielczego są w Polsce złożone. – Wywodzi się on z trzech nurtów ideowych. Socjalistycznego związanego z Edwardem Abramowskim czy prezydentem Stanisławem Wojciechowskim, liberalnego związanego z bankowością w Wielkopolsce propagowaną m.in. przez księdza Piotra Wawrzyniaka oraz chrześcijańsko-solidarnościowego działającego w Galicji Franciszka Stefczyka – opowiada historyk spółdzielczości dr Adam Piechowski. Warto podkreślić, że przed odzyskaniem niepodległości w 1918 r. spółdzielcy często byli zaangażowani w działalność narodowo-wyzwoleńczą.

Ze wspominanej wyżej uchwały Polskiego Kongresu Spółdzielczości dowiemy się, „że spółdzielnie wnoszą znaczący wkład w rozwój społeczno-gospodarczy naszego kraju (...). Robią to m.in. przez to, że funkcjonują w lokalnych społecznościach przez długi czas oraz angażują ludzi w zarządzanie swoimi przedsiębiorstwami. Promują również tworzenie miejsc pracy (...). Dążą do zysku nie jako do celu samego w sobie, lecz by efektywnie realizować potrzeby ich obecnych członków i przyszłych pokoleń. Dodatkowo stosują model biznesu, który jest solidny, uczciwy, przyjazny dla ludzi. Są także bardziej odporne na uwarunkowania zewnętrzne, co wykazał ostatni kryzys finansowy”. Tyle teoria. Zobaczmy, jak to wygląda w praktyce.

Pomysł to podstawa

Spółdzielczość w Polsce to 15 różnych branż. Oprócz wspomnianych, zdecydowanie największych w tym gronie kas oszczędnościowych i spółdzielni mieszkaniowych, funkcjonują jeszcze zrzeszenia mleczarskie (jest ich coraz mniej z powodu konsolidacji na rynku, ale zazwyczaj działają prężnie i są prowadzone na wzór nowoczesnych przedsiębiorstw), rzemieślnicze (cepelie), spółdzielnie pracy (bywają przekształcane w spółki) czy pszczelarskie (też jest ich coraz mniej, ale tu przyczyny są złożone, a ich członkowie są już bardzo wiekowi). Osobna branża to spółdzielnie inwalidzkie. Specjalizują się one zazwyczaj w produkcji bardzo niszowych produktów (np. odzieży dla strażaków), ale ich liczba także z roku na rok maleje.

– Najlepiej rozwijają się obecnie spółdzielnie socjalne, rolnicze i takie zupełnie oddolne kooperatywy spożywcze – mówi Małgorzata Ołdak, doktor w Instytucie Polityki Społecznej na UW. By założyć spółdzielnię socjalną, jeszcze do niedawna trzeba było po prostu pięciu osób bezrobotnych. Jeśli zebrało się taką grupę, to można było liczyć na unijne i państwowe dofinansowanie z urzędu pracy (kilkanaście tysięcy złotych na głowę). – Teraz jest lepiej, bo członkiem spółdzielni może być np. księgowy czy ktoś z innymi kwalifikacjami potrzebnymi do prowadzenia działalności. Wcześniej to było rzucanie ludzi na zbyt głęboką wodę – ocenia pracownik urzędu pracy jednego z miast wojewódzkich. – Nie jestem szczególnie zwolennikiem spółdzielczości socjalnej, ale doceniam to, że wielu ludziom takie działanie pozwala wrócić na rynek pracy – dodaje.

Dziś takich spółdzielni w Polsce jest ponad 600. Nowe powstają w szybkim tempie, bo łatwo dostać na nie dofinansowanie. Zdarza się, że organizacje pozarządowe tworzą projekt, w którym planują, że założą np. osiem spółdzielni socjalnych. I potem wszelkimi sposobami muszą go zrealizować. – Problem w tym, że spółdzielnie z łapanki nie mają szans na przetrwanie. Tu, tak jak w normalnym biznesie, potrzebny jest pomysł. Bo na tym, że ma się dofinansowanie, a później przez jakiś czas różne ulgi, długo się nie pociągnie – prognozuje nasz rozmówca.

Problem w tym, że nikt dokładnie nie wie, ile z tych spółdzielni funkcjonuje faktycznie, a ile tylko na papierze. Na pewno kilkanaście tysięcy złotych jest pokusą, szczególnie dla osób, których sytuacja życiowa nie jest najlepsza. – Na podstawie różnych badań szacuję, że co najmniej połowa ze spółdzielni działa. Ale dokładnych danych faktycznie nie mamy – potwierdza dr Małgorzata Ołdak i dodaje, że więcej informacji na ten temat powinniśmy poznać pod koniec roku, po zakończeniu kolejnych badań.

>>> Czytaj też: Sprzedaż detaliczna: największe wzrosty i najmocniejsze spadki w Europie

Jedną ze spółdzielni socjalnych, która już trzeci rok z powodzeniem radzi sobie na trudnym rynku edukacyjno-wychowawczym, jest Signum z Golubia-Dobrzynia w województwie kujawsko-pomorskim. Założyło ją pięć kobiet, które stworzyły punkt przedszkolny. – Czy było warto? Oczywiście. Spółdzielnia nie ma wielkich zysków, ale wciąż mamy pracę – odpowiada prezes Justyna Majewska. – Na początku najtrudniejsze było zebranie pięciu rozsądnych osób, no a potem rozkręcenie tego na tyle, by mieć na wypłatę pensji. To się udało po kilku miesiącach. Dziś na 30 miejsc w naszym punkcie mamy 27 dzieci, tak więc nie możemy narzekać. Co jest najważniejsze przy prowadzeniu takiej spółdzielni? Zdecydowanie pomysł na działalność – potwierdza słowa pracownika z urzędu pracy.

Kooperatywy zupełnie oddolne

Inną formą spółdzielczą, która prężnie się rozwija, są grupy producentów rolnych. W 2011 r. na ponad 220 powstałych GPR ponad 60 utworzonych zostało w formie spółdzielni. W pierwszym półroczu 2012 r. na 93 grupy było 41 spółdzielni. Do tworzenia takich inicjatyw zachęca także system dotacji. Jest to działanie zdecydowanie w interesie rolników – jak wiadomo, większy gracz ma większą siłę przebicia. I tak negocjując ceny nawozów czy sprzedaży swoich produktów do dużych odbiorców, grupa może uzyskać lepsze warunki finansowe niż indywidualny dostawca. Ale także tu dochodzi czasem do wypaczeń związanych z szerokim strumieniem unijnych pieniędzy. I tak np. Stowarzyszenie Przetwórców Owoców i Warzyw protestuje przeciwko temu, że grupy producenckie dostają tak duże dotacje (75 proc. wartości inwestycji), że opłaca im się wytwarzać mrożonki po dużo niższych cenach, niż czynią to ci, którzy zainwestowali własne pieniądze. A więc przez to, że grupy producentów (których duża część jest spółdzielniami) dostają unijne dotacje, inni na rynku ponoszą straty.

Oddolnie, bez dotacji powstają zaś kooperatywy społeczne. Tworzone są w dużych miastach (np. Poznaniu, Łodzi, Warszawie, Szczecinie czy Lublinie). Jak to działa? Kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt osób umawia się na to, że wspólnie robi zakupy. Co jakiś czas kooperanci tworzą listę zakupów, jeden z nich jedzie na giełdę warzywną, tam kupuje towary, a później w określonym punkcie i czasie reszta członków grupy je odbiera. Wychodzi taniej, jedzenie jest lepszej jakości, a pośrednik w postaci warzywniaka czy supermarketu zostaje wyeliminowany. Członkami takich kooperatyw są zazwyczaj młodzi ludzie kojarzeni z ideami socjalistycznymi czy anarchistycznymi (spółdzielnie często i mocno krytykują kapitalizm). W pewnym sensie jest to powrót do korzeni ideowych spółdzielni. Tym bardziej wartościowy, że nieinspirowany unijnymi dotacjami.

Czy idea spółdzielczości znów będzie przeżywać renesans? Nie jest to wykluczone. Na pewno swój udział będą w tym mieli urzędnicy z Brukseli. – Jest to jakaś forma budowania kapitału społecznego, o którym teraz tyle się mówi. Spółdzielnie zdecydowanie częściej niż firmy zatrudniają niepełnosprawnych, osoby w wieku 50+, a większość ich pracowników to kobiety. To są rzeczy, które na pewno trzeba docenić – mówi Małgorzata Ołdak.

– Spółdzielczość to nie jest alternatywa dla gospodarki wolnorynkowej. Ale bardzo wartościowe uzupełnienie. W Polsce w jej rozwoju przeszkadza niedoskonałe prawo. Ustawa o spółdzielczości z 1982 r. była nowelizowana już 37 razy. A tak naprawdę potrzebny jest zupełnie nowy akt prawny dostosowany do realiów XXI wieku – mówi Adam Piechowski z Krajowej Rady Spółdzielczej.

Warto zadać pytanie, czego od spółdzielców mogą się nauczyć tradycyjni przedsiębiorcy. Gdy ma się w pamięci premie dla prezesów upadających banków, więcej demokracji w zarządzaniu przedsiębiorstwami nie wydaje się złym pomysłem. Ale wygląda na to, że działanie nie dla zysku, ale dla dobra wspólnego, wciąż pozostanie zajęciem nielicznych.

Nowe spółdzielnie powstają w szybkim tempie, bo łatwo dostać na nie dofinansowanie. Zdarza się, że organizacje pozarządowe tworzą projekt, w którym planują, że założą np. osiem spółdzielni socjalnych. Potem muszą go zrealizować