Minister pracy proponuje zmiany w waloryzacji emerytur

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
2 stycznia 2014, 13:30
Emerytka liczy pieniądze
Emerytka liczy pieniądze/ShutterStock
Czy emerytury i renty będą waloryzowane po nowemu? Ustalenie nowych zasad rozważa minister pracy i polityki społecznej.

Obecnie świadczenia rosną o wskaźnik inflacji i 20 procent realnego wzrostu płac. W efekcie osoby najbiedniejsze otrzymują podwyżkę wynoszącą na przykład, tak jak w tym roku, około 30 złotych, a najbogatsi 140 złotych. Zgodnie z propozycją ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza świadczenia waloryzowane byłyby wszystkim o inflację, a tylko najbiedniejszym dodatkowo o realny wzrost płac. Pomysł ten minister chce skonsultować z pracodawcami i związkowcami.

O ile pracodawcy uważają, że pomysł jest godny rozważenia, to związkowcy mocno go krytykują. Jak powiedziała IAR wiceprzewodnicząca OPZZ Wiesława Taranowska, najniższe świadczenia trzeba podnieść. Nie może to jednak odbywać się kosztem innych emerytów. Byłoby to okradaniem tych, którzy wypracowali sobie wyższą emeryturę i musieliby za to słono zapłacić. - Nie dostaliby waloryzacji całkowitej, a jedynie inflacyjną, czyli zostaliby okradzeni z tych dwudziestu procent - podkreśla rozmówczyni Informacyjnej Agencji Radiowej. Dodaje, że państwo nie może przerzucać opieki nad najbiedniejszymi na emerytów. 

>>> Zobacz też: Emerytura po 16 latach pracy, czyli włoskie eksperymenty z systemem emerytalnym

Z kolei Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan mówi IAR, że na podniesienie najniższych świadczeń skądś trzeba wziąć pieniądze. Dodaje, że z pewnością nie można powtórzyć sytuacji z 2012 roku, kiedy emerytury i renty waloryzowane były kwotowo, czyli każdemu po równo. Nie można też dodatkowo opodatkować tych, którzy pracują, bo już dzisiaj jedna piąta wynagrodzenia jest oddawana w postaci składek emerytalnych. Pomysł ministra Kosiniaka-Kamysza jest więc całkiem sensowny - ocenia Jeremi Mordasewicz. Jak wyjaśnia, można zmienić dotychczasową waloryzację tak, by inflacja nikomu nie zjadła wartości emerytur. Waloryzowanie zaś świadczeń dodatkowo o 20 procent realnego wzrostu wynagrodzeń nie jest wymagane przez prawo - zwraca uwagę Jeremi Mordasewicz. Dodaje, że w ubiegłym roku zebrano 110 miliardów składek emerytalnych. Na świadczenia emerytalno-rentowe trzeba było wydać aż 190 miliardów. Do emerytur i rent trzeba więc było dołożyć 80 miliardów złotych.

Najniższe świadczenie wypłacane przez ZUS wynosi obecnie 831 złotych. Taką kwotę co miesiąc pobiera około 470 tysięcy emerytów i rencistów.

>>> Polecamy: Jak fundusze emerytalne na świecie zarabiają na nieruchomościach

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: IAR
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj