Krach rosyjskiego rubla nie mógł nie wpłynąć na sytuację na Białorusi, silnie uzależnionej od gospodarki większego sąsiada. Dla władz w Mińsku nieunikniona dewaluacja jest jednak sprawą polityczną, zwłaszcza że na przyszły rok są planowane wybory prezydenckie. Zamiast dewaluacji wymyślono więc 30-proc. podatek od transakcji walutowych. Tymczasowy – jak zastrzegł w piątek Narodowy Bank Republiki Białorusi (Nacbank).

– Ludzie nie są głupi i rozumieją, że Rosja się zawaliła, a na Ukrainie zobaczcie, jaka sytuacja. To nasze najważniejsze rynki, na które sprzedawaliśmy produkcję i skąd otrzymywaliśmy walutę. Przy takim krachu otrzymujemy mniej waluty niż wczoraj. Zwiększa się popyt na walutę, a skoro tak, rośnie jej cena – tak prezydent Alaksandr Łukaszenka tłumaczył decyzję Nacbanku.

„Przedsiębiorstwa i banki będą opłacać rzeczony podatek przy zakupie waluty na giełdzie, a obywatele – w formie opłaty komisyjnej podczas zakupu w bankach. Wpłacone środki trafią do budżetu państwa” – czytamy w komunikacie banku centralnego. Innymi słowy znaleziono sposób, jak faktyczną dewaluację miejscowego rubla przedstawić z pominięciem słowa, które u Białorusinów wywołuje złe wspomnienia minionych kryzysów. W ciągu ostatnich lat dwukrotnie doszło tu do dewaluacji. Nigdy jednak nie uczyniono tego w roku wyborczym. W 2009 r. kurs wobec dolara urealniono o 37 proc., a w 2011 r. – o 54,4 proc.

W tym drugim przypadku władze odczekały, aż Białorusini poprą Alaksandra Łukaszenkę w kolejnych wyborach w grudniu 2010 r. Gdy tak się już stało, a bezpieka zdusiła społeczne protesty po sfałszowanym głosowaniu, mimo wielokrotnie powtarzanych obietnic szefa Nacbanku Piotra Prakapowicza, w maju 2011 r. rubla zdewaluowano. W rezultacie Białorusini znów wyszli na ulicę, najpierw organizując akcję „Stop, benzyno!” przeciw podwyżkom cen paliwa, a następnie – milczące protesty kierowane przez młodego aktywistę Wiaczasłaua Dzijanoua z organizacji Rewolucja przez Sieci Społecznościowe.

Kozłem ofiarnym stał się zdymisjonowany i ośmieszony Prakapowicz. Obecnie ówczesny szef Nacbanku jest wicepremierem; mimo dymisji z 2011 r. pozostał zaufanym ekspertem Łukaszenki do spraw finansów i gospodarki. Do dziś nie kryje jednak specyficznego rodzaju wyrzutów sumienia za złamane obietnice sprzed lat. – Pytanie o dewaluację nie powinno być kierowane do mnie. Ale jej nie będzie, o ile mi wierzycie – przekonywał 19 grudnia. To samo zresztą mówił dzień wcześniej sam prezydent. – Wahania na rosyjskim rynku walutowym nie poddają się logice. Dewaluacja naszej waluty byłaby więc nienormalna – deklarował.

30-proc. podatek od kupna waluty obcej jest jednak niczym innym, jak ukrytą dewaluacją. – Nasze władze zdecydowały się nie pozwolić na to, by oficjalny kurs waluty narodowej zbliżył się do rynkowego. Ale kiedy zamykacie rynek oficjalny, czyli wszystkie kanały wymiany waluty, oznacza to, że otwieracie czarny rynek. Winny jest szef państwa. Wydany przez niego zakaz dewaluacji doprowadził do tego, że nie da się jej przeprowadzić w sposób właściwy – mówił serwisowi Ruch.by ekonomista Siarhiej Czały.

– To najgorsza możliwa decyzja. Po co robić quasi-dewaluację z samymi jej minusami, kiedy można zrobić normalną dewaluację, wspomagając chociażby eksporterów? – pytała retorycznie w rozmowie z „Komsomolską Prawdą w Biełorussii” Kaciaryna Barnukowa z Białoruskiego Badawczo-Edukacyjnego Centrum Ekonomicznego. Według ekonomisty Dźmitrego Kruka ze względu na ostatnie zawirowania walutowe konkurencyjność białoruskiej gospodarki obniżyła się o 30 proc. Przed dewaluacją z 2009 r. ta wartość była dwukrotnie mniejsza.

Co więcej, w przeciwieństwie do 2010 r., gdy przed wyborami władze wydały sporo pieniędzy na podwyżki pensji w sektorze budżetowym, tym razem nie będzie ich na to stać. Kruk wskazuje, że pensje od sierpnia ubiegłego roku są faktycznie zamrożone, co zaczęło już prowadzić do obniżenia konsumpcji. Udawana dewaluacja doprowadzi do wzrostu cen towarów importowanych, a co za tym idzie – dalszego spadku konsumpcji, wywołanego spadkiem siły nabywczej białoruskich pensji. W październiku przeciętny Białorusin otrzymywał 6,4 mln rubli (2 tys. zł).

Problemy gospodarcze to najpoważniejszy problem Łukaszenki przed wyborami prezydenckimi. Na razie nie wiadomo, kiedy się one odbędą. Kalendarz wyborczy wskazywałby na jesień 2015 r., ale w dwóch poprzednich przypadkach – w 2006 i 2010 r. – władze przyspieszały głosowanie, by dać opozycji mniejsze szanse na wypromowanie jej kandydatów. Tym razem Łukaszenka nie musi się obawiać pryncypialnych przeciwników władz. Opozycja jest słaba i skłócona jak nigdy dotąd. Eksperci mają wręcz wątpliwości, czy któremukolwiek z kandydatów uda się zebrać wymagane 100 tys. podpisów. Co więcej, wydarzenia na Ukrainie wystraszyły mieszkańców Białorusi, odciągnęły ich od opozycji kojarzącej się z zamiarem organizowania Płoszczy, czyli białoruskiej wersji Majdanu, i zwiększyły osobistą popularność Łukaszenki. W perspektywie roku tylko poważny kryzys ekonomiczny mógłby tę sytuację zmienić.

>>> Czytaj też: Białoruś blokuje strony internetowe w obawie przed paniką walutową