Jesteśmy gotowi na embargo na rosyjskie surowce. Możemy zrezygnować z nich choćby już dziś - te zapewnienia Polacy mieli w ostatnich tygodniach okazję słyszeć wielokrotnie z ust premiera, ministrów i szefów największych spółek. Również na poziomie Unii Europejskiej Warszawa, wraz z sojusznikami z krajów bałtyckich, należała do najgorętszych orędowników takiej, najboleśniejszej dla Kremla formy sankcji. Dlatego rząd Mateusza Morawieckiego ze spokojem przyjął decyzję Gazpromu, który pod koniec kwietnia ogłosił, że - w związku z odmową przejścia na zadekretowany przez Moskwę nowy system płatności - odcina Polskę (oraz Bułgarię) od kontraktowych dostaw gazu. Stało się tak, chociaż - w zgodnej ocenie ekspertów - błękitne paliwo jest dla Europy najtrudniejszym do zastąpienia ze wszystkich surowców energetycznych.
Reklama
Czy to przykład, że w obliczu wojny względy bezpieczeństwa i polityki biorą górę nad ekonomią? Po części być może tak. Według opracowanego przez Komisję Europejską wskaźnika Polska w ostatnich 20 latach aż czterokrotnie zwiększyła swoją zależność energetyczną - rozumianą jako znaczenie udziału importu w zaspokajaniu zapotrzebowania na energię. Nawet najprostsze dane importowe wskazują, że choć na poziomie całego kraju i poszczególnych firm znaczenie Rosji jako dostawcy spada, to w dwóch kluczowych obszarach - ropy naftowej i gazu - większość sprowadzanych do Polski surowców pochodzi ze Wschodu.
Znacznie dalej idąca skala zależności wyłania się z jednej z analiz brukselskiego Instytutu Bruegla, który - biorąc pod uwagę także gaz kupowany przez Polskę m.in. w ramach rewersu z Niemiec - oszacował łączny udział rosyjskiego surowca w strukturze naszego importu na ponad 80 proc. Dla porównania udział rosyjskich dostaw w tym samym zestawieniu dla Niemiec, które są jednym z głównych hamulcowych daleko idących restrykcji UE wobec rosyjskich surowców, wynosi 54 proc.
Mimo to w Warszawie nie tylko nie przejęto się utratą dostaw od Gazpromu, ale wręcz niektórzy przedstawiciele rządzącego Prawa i Sprawiedliwości potraktowali tę decyzję jako „moralne zwycięstwo” swojej formacji i domknięcie wysiłków na rzecz uwolnienia od moskiewskiej dominacji. „Historyczny dzień. Polska niezależna od rosyjskiego gazu. Koniec z szantażem Moskwy” - komentowała eurodeputowana PiS Beata Mazurek. A w Brukseli Polacy w dalszym ciągu zabiegali o kolejne sankcje, które objęłyby także błękitne paliwo, i o odrzucenie przez partnerów żądań dotyczących przejścia na ruble - narażając się tym samym na „utratę” także „pośrednich” dostaw ze Wschodu.
Polska jest jednak lepiej przygotowana na ewentualny gazowy rozwód Unii Europejskiej z Rosją niż wiele innych państw. To skutek prowadzonej od lat polityki, dzięki której Warszawa mogła już niemal trzy lata temu zadecydować o nieprzedłużaniu wygasającego w tym roku kontraktu długoterminowego z Gazpromem. Jej głównym filarem jest trwająca już od ponad dekady infrastrukturalna ofensywa - od 2011 r. zrealizowano inwestycje, które zwiększyły o prawie 17 mld m sześc. możliwości odbioru gazu z alternatywnych kierunków, na czele z rozbudowywanym wciąż terminalem w Świnoujściu. Nie licząc planów uruchomienia jeszcze w tym roku flagowego projektu dywersyfikacyjnego, łączącego nas ze złożami norweskimi gazociągu Baltic Pipe. Ostatnim domkniętym już elementem ekspansji jest uruchomione z początkiem maja połączenie z Litwą, które znacząco zwiększa nasze możliwości pozyskiwania skroplonego paliwa - do niemal 2 mld m sześc. rocznie - z tamtejszego gazoportu w Kłajpedzie (dotąd mogliśmy sprowadzać stamtąd gaz tylko cysternami). Według informacji głównego koncernu gazowego - PGNiG - łącznie polskie kontrakty długoterminowe na LNG opiewają już na 12 mld m sześc. paliwa. Mamy też jedne z największych w UE zapasów surowca w magazynach, które w razie konieczności mogłyby pokryć około dwóch miesięcy naszego zapotrzebowania.
Ważnym atutem Polski z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego okazała się także stosunkowo niewielka na tle UE rola gazu w całym krajowym zużyciu energii. Choć popyt na błękitne paliwo rośnie - w 10 lat o ok. 35 proc. - to zależność naszego kraju od tego surowca wynosi wciąż, według wyliczeń Instytutu Bruegla, niespełna 13 proc. i jest około dwukrotnie niższa niż w przypadku Niemiec czy Austrii (odpowiednio 25 proc. i 27 proc.), a niemal trzy razy niższa niż Słowacji, Włoch czy Węgier (33 proc. i po 37 proc.).
W kierunku utrzymania tego profilu - i uniknięcia „gazowej pułapki” - zdają się iść ostatnie korekty w transformacyjnym kursie Polski. Przyjęte przez rząd pod koniec marca założenia aktualizacji najważniejszego dokumentu opisującego politykę energetyczną do 2040 r. obejmują przegląd planowanych inwestycji w gazowe moce wytwórcze, który ma uwzględnić zmiany w sytuacji geopolitycznej i brak przewidywalności na światowym rynku. Równocześnie podjęto kroki w stronę wzmocnienia roli odnawialnych źródeł energii („Dzięki tej energetyce uniezależnimy się od ruskiej ropy, ruskiego gazu” - mówił premier Morawiecki) oraz modernizacji jednostek węglowych jako głównej rezerwy stabilizującej system oparty na OZE. ©℗
Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe