Z Krystianem Nowakiem rozmawia Zbigniew Rokita

Po przeczytaniu „Kebabistanu” musiałem zjeść kebaba. Dużo ich spożyłeś, pisząc książkę o polskim fenomenie tego dania?

Dużo za dużo. I ani razu nie wziąłem małego, zawsze zamawiałem te największe. A bywało, że brałem nawet dwa. Przecież celowo podróżowałem po barach z kebabem rozsianych po całej Polsce, więc co innego miałem jeść? Ale odkąd skończyłem pisać książkę, niemal nie tykam mięsa. Ostatnio na miasto wyciągnął mnie kolega, bo teraz dużo osób chce ze mną zjeść kebsa.

A w ramach obowiązków służbowych zjadłeś metrowego kebaba w radzymińskim Kebab Relax?

Nie, jego przygotowuje się tylko na zawody. Ale i tak bym się nie podjął. Nie poradził sobie z nim nawet Hardkorowy Koksu, strongman i zawodnik MMA Robert Burneika. Podołała mu jedna osoba – taki niepozorny chłopak, który jeździ po kraju i startuje w tego typu zawodach. W Relax Kebab byłem nakręcony na pierogi z kebabem, które akurat wprowadzał do oferty właściciel knajpy Irakijczyk Ghanni. Kuchnia fusion w pełnej krasie. Ten bar z Radzymina to jedna z najsłynniejszych polskich kebabowni: 85 tys. polubień na FB, w ofercie weselny bukiet z kebaba, tort kebabowy czy kebab w czekoladzie.

Reklama

Piszesz o torcie: „Jest to nic innego jak mnóstwo kebabowego mięsa ułożonego na pitach i pokrytego litrami sosu, a wszystko udekorowane zachęcająco paprykami i oliwkami. Największy tort kebab, jaki oferuje Relax, ma trzy piętra, waży 30 kg i kosztuje 1000 zł”. Ludzie zamawiają go z napisami: „Całe życie me Legia” czy „Z fartem mordo”.

Oferta polskiego rynku kebabowego puchnie.

Codziennie zjada kebaby 5 mln Polaków, a jedna trzecia wszystkich restauracji w kraju je serwuje. Według badań OBOP kebab stał się najpopularniejszym daniem jedzonym poza domem – deklaruje tak 40 proc. Polaków. Dla porównania rodzimą kuchnię wybiera 29 proc., a pizzę 23 proc. Kiedy rozpoczęła się ta rewolucja?

Kilkanaście lat temu, wraz z napływem imigrantów z Bliskiego Wschodu. Wcześniej w Polsce były jakieś dworcowe budy, ale serwowały wyjątkowo poślednie dania.

Ahmet Muhammet Kazkondu, producent mięsa na kebaby, w latach 90. uruchomił bar na stołecznym Dworcu Centralnym, ale po kilku miesiącach splajtował. Chciał robić oryginalnego kebaba, ale nie chwyciło. W końcu zrozumiał: „Turcy chcą czuć smak mięsa. A Polacy chcieli czuć sos”.

Początkowo rozziew między kuchnią bliskowschodnią a polską był dla nas zbyt duży. Nikt nie lubi eksperymentować, kiedy burczy mu w brzuchu, a kebaba kupuje się nie dla doznań smakowych, tylko po to, by szybko zaspokoić głód. Szukaliśmy swojskiego smaku. Chcieliśmy ogórka, kapuchy, sosu, chcieliśmy, żeby było ciężko, syto i mięśnie. Dlatego w latach 90. czy dwutysięcznych trudno było dostać kebaba w picie, pamiętasz?

CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ