Bowser, wykorzystując rasowe uprzedzenia klasy średniej, zaczął kupować domy w białych, bogatych dzielnicach. Gdy ich mieszkańcy dowiadywali się, że będą mieć czarnoskórego sąsiada, byli gotowi odkupić od niego nieruchomość, byleby się nie wprowadzał. Oczywiście po cenie znacznie wyższej niż rynkowa. „New York Times” pisał, że Bowser osiągał w ten sposób „niebotyczne zyski”. W końcu jego strategia inwestycyjna została zakwestionowana na drodze sądowej, ale biznesmen łatwo wybronił się od absurdalnych zarzutów. Był wolnym człowiekiem, mógł kupować i sprzedawać, cokolwiek miał ochotę.

Dlaczego ta historia jest słodko-gorzka? Gorzka, bo świadczy o tym, jak głębokie, silne i irracjonalne mogą być postawy rasistowskie. A słodka, bo… Chwileczkę. Podtrzymajmy suspens.

Nie tak jak u Tarantino

Jednym z najczęściej poruszanych w amerykańskich mediach problemów – obok pandemii i wyborów prezydenckich – jest dziś „systemowy rasizm”. Od rasizmu zwykłego różni się on tym, że jest bardziej instytucjonalną praktyką niż ideologią. Pierwotnie rasiści głosili wyższość jednych ras nad drugimi, zniewalając przedstawicieli tych, których uznawali za gorszych. Uważali też, że ich poglądy mają uzasadnienie naukowe. Jak pamiętny właściciel niewolników Calvin Candie z filmu Quentina Tarantino „Django Unchained” (grał go Leonardo DiCaprio), który wierzył, że rasy różnią się kształtem, wielkością czaszki i mózgu, a parametry te determinują ich zdolności intelektualne.