Teraz żywo dyskutuje się szczególnie o „friendshoringu”, czyli typie reshoringu, który ma brać pod uwagę kontekst geopolityczny. W skrócie chodzi o to, by Zachód nie lokował już produkcji w tanich, za to niepewnych i niestabilnych krajach, a zamiast tego przenosił ją do miejsc politycznie przyjaznych i strategicznie bezpiecznych. Ot, żeby nie powtórzyła się sytuacja, w której cała europejska energetyka zależy od takiej Rosji i jej zasobów gazu.
Do tej pory o friendshoringu wspominało co najwyżej kilku wpływowych amerykańskich polityków (m.in. sekretarz skarbu Janet Yellen) oraz garść komentatorów. Teraz dostajemy tekst ekonomistów Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) Beaty Javorcik, Heleny Schweiger i Lukasa Kitzmullera, którzy piszą, że w realnej gospodarce proces ten już się rozpoczął. A stało się to po wybuchu wojny w Ukrainie. Eksperci EBOiR bazują na badaniu przeprowadzonym w połowie 2022 r. wśród prawie tysiąca firm zajmujących się importem i eksportem do 15 krajów znajdujących się (relatywnie) blisko teatru działań zbrojnych – od Polski i Czech po Turcję i Tunezję. Mniej więcej trzy czwarte z nich doświadczyło i doświadcza w ostatnich miesiącach (co nikogo chyba dziwić nie może) praktycznych problemów w codziennej działalności gospodarczej. Są to trudności zarówno dotyczące procesu produkcji, jak i zbytu towarów. Nie jest oczywiście tak, że zaczęły się one po wybuchu wojny. Dla większości przedsiębiorstw pozrywane i niedziałające tak jak wcześniej łańcuchy dostaw to rzeczywistość, z którą borykają się od 2020 r., a więc od wybuchu pandemii COVID-19.
Reklama