Wszyscy tutaj wiedzą, że nie ma darmowego lunchu. A śniadanie? Wstajesz z pełnego strachów o rok 2023 łóżka i w ciężko rannych pantoflach drepczesz do najbliższego śmietnika. Po niedojedzone bułki. Albo lekko tylko obite jabłko. Albo nieotwartą paczkowaną szynkę z umiarkowanie ryzykowną (ledwie wczorajszą!) datą spożycia. Koleżanki z ruchu zero waste na Śląsku policzyły, że z przeciętnego minihasioka w Polsce da się wydobyć średnio dwa pełnowartościowe posiłki. Paradoksalnie – więcej w regionach uchodzących za biedne.

Kiedy mówię o tym studentom, gwałtownie protestują. Że nie jedzą resztek. I że najważniejszy posiłek dnia, od którego zależy gibkość synaps, mowy i bicepsów, musi być premium quality. Dlatego kupują te wszystkie specbułki z magicznymi ziarnami. I sery w cenach zawstydzających estońską inflację. Lub płatki jaglane na wegańskim mleku bio wydojonym z owsa. Z dodatkiem gruszek (w korpo koniecznie konferencja, w wersji zdalnej, czyli z dostawą do domu) oraz mango, które szczęśliwie nie padło ofiarą przerwanych łańcuchów dostaw i mniemanej deglobalizacji (ocieplenie klimatu pozwoli uprawiać egzotyczne owoce nad Wisłą dopiero za 10 lat). Nawet ostentacyjni członkowie economy class wyznają mi, że bez jarmużu czuliby się jak dziewięciolatek i polityk bez konta na tik toku.

Zatem śniadanie zdecydowanie nie jest za darmo.

Reklama

A ubranie? Po zjedzeniu pysznego i/lub zdrowego posiłku (za 15-50 złotych per capita) biegniesz do śmietnika i wygrzebujesz zeń spodnie, do tego koszulę, bluzkę lub też – jak Ci podszeptuje gender – kieckę. Nie?! Przecież trzeba się odziać do pracy. OK, ona jest teraz (i pozostanie) hybrydowa, czyli w 90 procentach zdalna, ale czasem trzeba włączyć kamerkę, więc przynajmniej góra roboczej kreacji powinna wyglądać nieco inaczej niż piżama w świnki/grochy (notabene czołowi producenci odzieży żalą się, że popyt na spodnie jest wciąż dalece niższy od popytu na bluzki; wyjątkiem pozostają dresy). Ewentualnie można nie grzebać w śmietniku i poprosić o pożyczenie ubrania znajomego kloszarda, króla secondhandów.

Gdy wspominam o tym studentom, znowu - protestują. Oni nie tylko nie grzebią w śmietnikach, ale też nie chcą się ubierać w sieciówkach (uważanych przez wielu za rozszerzenie śmietnika). Jest w nich heroiczna potrzeba zaakcentowania indywidualności. W dobie masowej produkcji rzeczy, usług i idei - zrozumiała. Acz kosztowna. Wprawdzie nie szata zdobi człowieka, ale zawsze może zdobić człowiecze ego. Na pewno poprawia samopoczucie. Zuckerberg może sobie chodzić w t-shircie za 5 zielonych i trampkach za 10. Przeciętny niewłaściciel FB, TT, YT itp. musi się postarać.

Zatem i ubranie nie jest w tym świecie za darmo. To co jest? Jeśli należysz do przytłaczającej większości, to po śniadaniu i ubraniu się z pewnością siadasz do… śmietnika. Tak, śmietnika. Bo czymże jest internet, jeśli nie wielkim wysypiskiem wszystkiego – za darmo. DARMO! Czy to Cię nie zastanawia?

Za jedzenie płacisz rekordowo dużo, za ubranie też, za samochód, za benzynę, za energię, za mieszkanie, za wywóz śmieci także, a za informację (przeważnie) nie. Skoro tak, to czołówkę najcenniejszych marek świata powinny tworzyć te związane z produkcją żywności, odzieży itd. A jak wyglądał top Best Global Brands w szczęśliwie zakończonym rollercoasterze roku 2022? Apple, Microsoft, Amazon, Google i Samsung. Owszem, część z nich zarabia na sprzedaży materialnych urządzeń i/lub usług. Ale największe, wielomiliardowe zyski Wielka Piątka wyciska z tego, co oferuje Ci „za darmo”. Czyli z szeroko pojętej informacji.

Myślę o tym na trzecim piętrze zabytkowej kamienicy w centrum Krakowa. Z okna widać wieżę Bazyliki Mariackiej, w uszach pobrzmiewa hejnał. Jestem w biurze Google. Amerykański gigant, po kilkuletniej przerwie, wrócił pod Wawel, by rozwijać swe kluczowe usługi w chmurze. Jego siedziba mieści się w słynnym Pasażu 13, w którym działa najdroższy w mieście dom towarowy – Vitkac. Można tu przykładowo kupić płaszcz od Gucci za 22 tys. złotych, torebkę od Saint Laurenta za 10,5 tys. zł, buty Bottega Veneta za 6,5 tys. zł. W miejscowej restauracji skosztujesz łopatki z iberyjskiej wieprzowiny z lardo i oliwnikiem lub polędwicy z sosem truflowym. Ewentualnie mizerii. Usługi Google’a i informacje weźmiesz sobie za darmo.

Potem (przedtem?) możesz się ewentualnie zastanowić, kto tu co je na śniadanie. Albo raczej – kogo.

Zbigniew Bartuś / Materiały prasowe