Viral V. Acharya, Matteo Crosignani, Tim Eisert i Christian Eufinger przygotowali pracę „Zombie Credit and (Dis-)Inflation: Evidence from Europe” (Kredyt dla firm-zombie i (dez)inflacja: dowody z Europy”Otwiera się w nowym oknie. Zauważają w niej, że ponad dekadę po globalnym kryzysie finansowym zarówno wzrost gospodarczy, jak i inflacja pozostają na niskich poziomach i to pomimo tego, że Europejski Bank Centralny i inne centralne banki z Europy zapewniły wystarczająco dużo „stymulantów monetarnych”, takich jak negatywne stopy procentowe, długoterminowe operacje refinansowe czy programy skupu aktywów na dużą skalę.

Reklama

„Zagadka brakującej inflacji” w Europie przypomina „stracone dekady” w Japonii. Zarówno w Europie, jak i Japonii mieliśmy do czynienia z presją deflacyjną, „szczodrą” polityką banków centralnych oraz tzw. pożyczkami zombi, czyli tanim kredytem dla firm, które mają problemy. W połączeniu z dużą ilością kapitału na rynku doprowadziło to do rekordowo niskich kosztów pożyczania pieniądza, nawet dla firm charakteryzujących się wysokim ryzykiem.

To z kolei sprawiło, że wiele przedsiębiorstw z problemami było w stanie utrzymać się na rynku, prowadząc do „zombifikacji” gospodarki. W pracy autorzy udowadniają, że dostęp do taniego kredytu występujący w tym samym czasie co niska inflacja to nie przypadek. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że efekt powinien być odwrotny, tzn. dużo taniego pieniądza powinno prowadzić do wysokiej inflacji.

Ale tani kredyt sprawia, że wiele firm, które w innych warunkach zbankrutowałyby, utrzymuje się na rynku i zalewa go swoimi produktami. Dodatkowa podaż jest czynnikiem, który powoduje presję na obniżkę cen. Wzrost odsetka „firm-zombie” z 4,5 proc. w 2012 r. do 6,7 proc. w 2016 r. koreluje ze spadkami inflacji. Autorzy badali tę zależność na podstawie danych z 12 krajów Europy dotyczących 1,1 mln firm z 65 gałęzi gospodarki. Z analizy wynika, że roczna inflacja na kontynencie w latach 2012-2016 byłaby o 0,45 punktu procentowego wyższa, gdyby nie doszło do wzrostu podaży „kredytów-zombie”.

Zakazy nie zmniejszają palenia

Christopher Carpenter i Hai V. Nguyen opracowali analizę „Intended and Unintended Effects of Banning Menthol Cigarettes” („Zamierzone i niezamierzone skutki zakazu sprzedaży mentolowych papierosów”)Otwiera się w nowym oknie. Wprowadzony ostatnio także w Polsce zakaz sprzedaży mentolowych papierosów był rekomendowany przez Światową Organizację Zdrowia. W zamierzeniu miał doprowadzić do zmniejszenia atrakcyjności palenia tytoniu i zmniejszenia odsetka osób, które korzystają z tej używki.

Problem polega na tym, że prawie nie ma dowodów na skuteczność takiego rozwiązania. Autorzy pracy postanowili usunąć tę lukę i przeanalizowali skutki wprowadzenia zakazu sprzedaży mentolowych papierosów w Kanadzie. Siedem prowincji tego kraju wprowadziło ten zakaz jeszcze zanim w 2018 r. doszło do ogólnokrajowej prohibicji.

Jak można było podejrzewać, zaraz po wprowadzeniu zakazu sprzedaż mentolowego tytoniu spadła do zera. Ale palenie wśród młodych osób i dorosłych nie spadło, ponieważ przerzuciły się one na papierosy o tradycyjnym smaku. Tak więc wygląda na to, że wycofanie mentolowych papierosów ze sprzedaży w Polsce nie przyniesie pożądanego skutku w postaci zmniejszenia odsetka palaczy w naszym kraju.

Bogaci wspomagają rozwój uczelni

Z ostatnich prac naukowych wyróżnia się także opracowanie „Why Does the U.S. Have the Best Research Universities? Incentives, Resources, and Virtuous Circles” („Dlaczego USA mają najlepsze uniwersytety badawcze na świecie? Bodźce, zasoby i spirale sukcesu”)Otwiera się w nowym oknie autorstwa W. Bentleya MacLeoda i Miguela Urquiola. Autorzy zauważają w niej, że jeszcze w 1870 r. w USA nie było żadnych liczących się na świecie uczelni. Dzisiaj jest tam takich uniwersytetów więcej, niż w jakimkolwiek innym kraju świata.

Praca to szczegółowa analiza przyczyn tej zmiany. Źródeł amerykańskiej dominacji w światowych badaniach naukowych należy szukać w XIX w. Autorzy dopatrują się ich w reformach, które miały miejsce w amerykańskich szkołach wyższych po wojnie secesyjnej.

Pierwsze zmiany wprowadziły uczelnie Cornell i Johns Hopkins, oferując studentom wyspecjalizowane kursy (wcześniej poziom amerykańskich szkół wyższych był bardzo niski, a ich głównym zadaniem było umożliwienie częstych kontaktów osobom z tych samych grup społecznych). Następnie dołączyły do nich Harvard, Columbia, MIT, Stanford, tworząc wydziały szkolące artystów i naukowców.

Kluczem do sukcesu amerykańskich uczelni było połączenie bodźców do pracy naukowej z przyciągnięciem do uczelni dzieci bogatych rodziców, którzy zapewniają pieniądze na badania.

Potrzebny był system oceny jakości badań naukowych. Uczelnie taki system stworzyły, wydając pisma akademickie. Mając obiektywną ocenę jakości pracy naukowców, można było z kolei zróżnicować pensje profesorów. Ale kluczem do sukcesu amerykańskich uczelni było połączenie bodźców do pracy naukowej z przyciągnięciem do uczelni dzieci bogatych rodziców, którzy mogliby zapewnić uniwersytetom pieniądze na kosztowne badania (majętność może zadecydować o przyjęciu na elitarną uczelnię w USA).

Tak więc paradoksalnie sekretem sukcesu uniwersytetów za Oceanem jest to, że nie są w pełni merytokratyczne, tzn. dopuszczają do studiowania także mniej zdolnych, ale pochodzących z zamożnych rodzin, dzięki czemu ci najwybitniejsi mają środki na rozwój.

Aleksander Piński