W przedsiębiorstwie bilans ma przede wszystkim informować o zasobach firmy, czyli o jej wyposażeniu w aktywa trwałe (majątek służący produkcji) i aktywa obrotowe (pieniądze) oraz źródłach ich finansowania w postaci kapitału własnego lub obcego. Z podobnym ujęciem na poziomie państw, a tym bardziej świata, są trudności, ponieważ mamy trzy wielkie grupy właścicielskie: ludność, osoby prawne, w tym firmy, no i państwo. Spora część majątku do ujęcia w bilansie jest niewyceniona, głównie ziemia, liczne nieruchomości, zasoby surowcowe, lasy z ich rozlicznymi funkcjami itd. W podejściu globalnym trzeba też pogodzić niezliczone różnice w szacowaniu i prezentacji danych przez poszczególne kraje.

Na świecie mamy ich prawie dwieście. Większość to gospodarki małe i mikre. Analiza bez wyjątku wszystkich byłaby piekielnie żmudna, a z uwagi na nadmiar informacji obraz utworzony w jej wyniku – mętny. Z tego m.in. powodu w badaniu McKinsey „świat” nie pokrywa się z globusem, składa się z 10 państw z najwyższych i górnych szczebli drabiny, które tworzą jednak razem aż 60 proc. dochodu globalnego. Są to: Australia, Kanada, Chiny, Francja, Japonia, Niemcy, Meksyk, Szwecja, Wielka Brytania i USA. Jest to zatem bilans quasi-globalny.

Reklama

Dane z bilansu McKinsey są w konsekwencji bardzo umowne, dają wyłącznie pogląd na możliwą wysokość wielkości aktywów i pasywów w dyspozycji mieszkańców Ziemi. Nie wolno traktować ich dosłownie. Na walory badania składają się przede wszystkim ujawnione w nim procesy i tendencje.

Bilans świata rośnie z każdym rokiem

Autorzy podkreślają już w tytule („The rise and rise of the global balance sheet”), że suma bilansu globalnego rośnie nieustannie, a w podtytule („How productively are we using our wealth”) wskazują, że chcieli znaleźć odpowiedź na pytanie, z jakim efektem korzystamy z bogactwa w naszej dyspozycji. Już teraz można dodać, że doszli do wniosku, że jest z tym tylko „jako tako”.

Przez pierwsze dwie dekady XXI wieku suma bilansowa świata uległa potrojeniu. Przychodzi zaraz na myśl pojęcie „puchlina bilansowa”, zwłaszcza że wzrost gospodarczy w tym okresie, naznaczonym przez kryzys finansowy 2008-09 i pandemię, był bardzo taki sobie. Gdy suma bilansowa rośnie i nie wiemy od razu wskutek czego, księgowi marszczą brwi i wzdychają, ponieważ pomiot „w obróbce” może nie być całkiem zdrowy.

Gdy suma bilansowa rośnie i nie wiemy od razu wskutek czego, księgowi brwi marszczą i wzdychają, ponieważ pomiot „w obróbce” może nie być całkiem zdrowy.

Symptomy niedomagania widoczne są gołym okiem. Ze światem jest dziś jak z niesfornym bachorem, który całą wielką bombonierkę wziął na jedno posiedzenie i nic tylko teraz stęka. Z tym, że świat nie pożarł czekoladek, a nałykał się pieniędzy z ekspansji monetarnej i powściągliwości fiskalnej. Dla porządku dodać trzeba, że nie jest to opinia McKinsey, lecz autora tego omówienia.

Wbrew obiegowej opinii jakoby poza digitalizacją nie działo się w gospodarce światowej nic istotnego, tradycyjna działalność namacalna nazywana przez Anglosasów murarką z użyciem cegieł i zaprawy (brick and mortar) ciągle dodaje światu więcej wartości niż gospodarka cyfrowa i tzw. wartości niematerialne.

Składowe globalnego bilansu

Wprawdzie bilans jest zwierciadłem zdarzeń realnych, ale jednak dla zwykłych śmiertelników, w tym wielu ekonomistów, jest urządzeniem abstrakcyjnym i niełatwym do pojęcia. Wbrew żelaznej zasadzie rachunkowości, wartości po obu stronach tego bilansu nie są sobie równe, ale w tym przypadku można to pominąć – prawdziwy bilans opiera się na dokumentach, ten zaś wyłącznie na szacunkach, założeniach, domniemaniach.

Pierwszy człon bilansu stanowią aktywa i pasywa w posiadaniu instytucji finansowych. Aktywa to m.in. udzielone pożyczki i kredyty oraz wszelkie inne produkty będące źródłem zarobku w tym sektorze. Po stronie pasywów są zwłaszcza depozyty i w ogóle środki przekazane (za opłatą) instytucjom finansowym przez osoby fizyczne i prawne. W najbardziej lapidarnym ujęciu bilans sektora finansowego odzwierciedla relacje między posiadaczami oszczędności, a inwestorami finansowymi.

Drugą składową bilansu globalnego stanowią aktywa i pasywa finansowe gospodarstw domowych, rządów i przedsiębiorstw niefinansowych (produkcyjnych, usługowych działających w sferze materialnej).

W trzeciej zestawione zostały aktywa fizyczne (real assets). Ich odbiciem (pokryciem) po stronie pasywów jest tzw. wartość netto, która jest zasobem określającym wielkość zgromadzonego bogactwa i płynące z niego możliwości kreowania przychodów.

Długie lata na dorobku

Suma bilansowa każdej składowej wynosi po ok. 500 bilionów dolarów, a wszystkich trzech łącznie 1540 lub 1530 bilionów (1540 000/1530 000) miliardów dolarów, co razem stanowi mniej więcej 18-krotność obecnego produktu globalnego. Tyle wszelkiego rodzaju aktywów zgromadziło 10 państw z bezwzględnej (USA, Chiny…) i szerokiej (Szwecja, Meksyk) czołówki świata.

Sceptycyzmu w przyjmowaniu porównań z PKB nigdy za wiele. Mnożnik wynoszący 18 produktów brutto wydaje się bardzo mały i jest to wrażenie słuszne. Porównywanie sumy bilansowej z roczną produkcją pozwala wprawdzie na ucieczkę od zbyt wielkich liczb, ale prowadzi do konfuzji.

PKB ma swoją strukturę: mniej więcej 80 proc. to konsumpcja umożliwiająca nam przeżycie z dnia na dzień, a inwestycje przekształcające się potem w nagromadzone bogactwo to jedynie ok. 20 proc. Podobnie układają się proporcje między bieżącymi wydatkami, czyli tym co bezpowrotnie „przejadamy” i o wiele mniejszymi od nich oszczędnościami. Gdyby uwzględnić, że „na później” w formie oszczędności zostaje jedynie 20 proc., to w miarę właściwy mnożnik musiałby wynieść co najmniej 90 razy część inwestycyjna globalnego PKB, ale ponieważ PKB prawie z każdym rokiem rośnie, czyli idąc wstecz z każdym rokiem jest mniejszy, to tych lat musiało być znacznie więcej, bliżej dwustu niż stu.

Precyzyjnej reguły oczywiście nie ma, ale z pewnością dojście do bogactwa to nie kwestia dekad, tylko znacznie dłuższego czasu. Chińczykom powrót do dawnej świetności zajął długie stulecia. My też staliśmy przez wieki na dalekim uboczu wzrostu, więc i nam w drodze na szczyty łatwo nie będzie.

Jak się już rzekło, od 2000 r. suma bilansowa czołówki światowej uległa potrojeniu, podobnie jak jej składowe. Według oszacowań McKinsey, wartość netto wzrosła zatem ze 160 bilionów (160 000 miliardów) dolarów w 2000 r. do 510 bilionów w 2020 r. Wartość netto per capita dla mieszkańców uwzględnionej grupy państw wyniosła 66 000 dolarów, przy czym zauważalne jest duże rozwarstwienie, biegunowo niemal ośmiokrotne. W Australii wartość netto na głowę wynosi 356 tys. dolarów, w Meksyku 46 tysięcy.

W ogólnym rozrachunku wartość netto jest roszczeniem w stosunku do przyszłej produkcji. Brzmi to niezrozumiale, ale jest logiczne. Hipotetyczna katastrofa gospodarcza może sprawić, że dzisiejszy majątek może w jej wyniku stracić część swej wartości lub całkowicie obrócić się w pył. W innym ujęciu mechanizm roszczenia wynika z tego, że np. właściciele domów są jednocześnie podatnikami i konsumentami, a więc w przyszłości ciągle będą musieli płacić podatki (m.in. od nieruchomości) i wydawać pieniądze na utrzymanie domu w dobrym stanie technicznym, a ich przyszłe przychody i zarobki zależą od stanu gospodarki, czyli właśnie od przyszłej produkcji.

To dlatego nadmierne, tj. nieusprawiedliwione poziomem produkcji i bogactwa, korzystanie z życia, w tym folgowanie sobie za środki pożyczone, obraca się nie tylko przeciw naszym dzieciom i wnukom, ale także przeciw nam samym, gdy już nie będzie sił na dalsze wspinanie się po drabinie powodzenia życiowego lub gdy będziemy na garnuszku ZUS i cienko przędących latorośli.

Bogactwo należy przede wszystkim do ludzi z krwi i kości

Chociaż wydaje się, że panami i władcami świata są korporacje i rządy, to właścicielami 95 proc. globalnej wartości netto są zwykli ludzie. Przecież także korporacje mają swoich właścicieli z krwi i kości, przeceniamy również właścicielską rolę państw w gospodarce, która jest na szczęście mała lub względnie mała i tylko gdzieniegdzie, w tym zwłaszcza w Chinach, duża. Opinia, że jest tak „na szczęście” wynika z przekonania, że państwa powinno być jak najmniej w gospodarce, ponieważ niezależnie od systemu rządów państwo jest hulaszcze. A to w celu pozyskania wyborców, a to dla zapewnienia ludziom u sterów uciechy ze sprawowania władzy, a to z powodu błędów w rozumowaniu lub niewiedzy… Państwo nie dba o firmy tak jak prywatny właściciel, ponieważ dyrektorzy zmieniają się zazwyczaj w rytm zmian politycznych, ale też nie musi się naprężać w „swoich” firmach – zawsze przecież może wysłać po ekstra pieniądze swoich poborców podatkowych. Dowody na tysiącach kart historii – od najdawniejszej do najnowszej.

Chociaż wydaje się, że panami świata są korporacje i rządy, to właścicielami 95 proc. globalnej wartości netto są zwykli ludzie. Przecież także korporacje mają swoich właścicieli.

Zgodnie z naturalnym i raczej niezmiennym porządkiem rzeczy, namacalne bogactwo (wartość netto) rozparcelowane jest wśród ludzi nierównomiernie. Dwie trzecie należy do jednej dziesiątej populacji. Większość się temu sprzeciwia, lecz mało z tego wynika, ponieważ sprzeciw trwa tylko do czasu, gdy z grupy niezamożnych uda się temu lub innemu wejść na „salony”, albo – jak za „komuny” do sklepów za „żółtymi firankami”, tj. dla elity i jej znajomków. Z drugiej strony to właśnie ten ruch robaczkowy ku górze zapewnia światu wzrost i rozwój.

Marzyłby się mechanizm bardziej harmonijny i jak mówią – inkluzywny, czyli dopuszczający do relatywnej majętności, jeśli nie wszystkich, to przynajmniej znacznie więcej ludzi. Ale nie ma takiego, ani nawet jego znaków na dalekim choćby horyzoncie, ponieważ przekracza to obecne zdolności homo sapiens, jest wbrew naszej naturze, tak jak np. hipotetyczne perpetuum mobile nie zgadza się z fizyką, przynajmniej taką jaką znamy dzisiaj.

Bogactwo to głównie ziemia, domy i budynki

Bardzo tradycyjna i dla wielu z pewnością zaskakująca jest wewnętrzna struktura globalnej wartości netto. Aż 2/3 z niej to nieruchomości, w tym 35 proc. ziemia i 33 proc. domostwa oraz zabudowania niemieszkalne. Infrastruktura stanowi 11 proc., a maszyny i urządzenia dość marne 6 proc. Po kilka procent należy do zapasów, wartości niematerialnych (np. marki) i innych aktywów nieprodukcyjnych.

W strukturze globalnej wartości netto aż 2/3 stanowią nieruchomości.

Udział wartości niematerialnych (intangibles) spada ponieważ rośnie konkurencja, więc coraz mniej jest marek dominujących nad resztą, a przecież im większa dominacja nad innymi firmami działającymi na tym samym obszarze, czy w segmencie, tym wartość marki wyższa.

Drugi powód malejącego udziału intangibles to nadawanie wartościom niematerialnym cech towaru, po angielsku commoditization. Pojęcie jest rzadko spotykane i nieintuicyjne, choć określa bardzo powszechny proces, w którym produkty odrywają się od swoich marek, np. z uwagi na rosnącą liczbę producentów tego czy innego towaru lub urządzenia zdobywającego popularność. Czy potrafimy np. podać firmowe nazwy klawiatur komputerowych, albo tanich rowerów z hipermarketu? W innym wymiarze tego zjawiska nowe rozwiązania wprowadzane przez lidera są szybko kopiowane przez rywali. Przykładem – ekran dotykowy pierwszego Iphone’a z 2007 r., który stał się dziś standardem. Nie mówi się np. „applowski ekran” ze stratą dla pozycji intangibles wykazywanych w bilansach koncernu Apple.

Elementy spięte łańcuchem

W ujęciu funkcjonalnym z pomiotów uwzględnionych w bilansie globalnym można ułożyć łańcuch. Na jego początku, po lewej stronie są gospodarstwa domowe, które są właścicielami niemal całej istniejącej wartości netto. Za gospodarstwami domowymi lokują się rządy, które dzięki tworzeniu prawa i jego egzekwowania, ochronie własności, a także wskutek interwencji umożliwiają tworzenie tejże wartości netto. Można je nazwać za McKinsey pomocnikami/ułatwiaczami (enablers). Trzecim ogniwem i twórcami wartości netto są przedsiębiorstwa niefinansowe, a na końcu łańcucha ulokowały się instytucje finansowe w wygodnej roli pośredników.

Sprawozdanie z badania świata przez audytorów z McKinsey ma 200 stron i nie jest to paplanina, więc kilka stron popularnego omówienia to za mało na wszystkie wątki i rozliczne szczegóły, po które odsyłam do źródła.

Na koniec wrócę już tylko na moment do wątku długiej ekspansji monetarnej, której wpływ zaznaczył się w bilansie świata bardziej niż wyraźnie i zgodnie z przekonaniem Miltona Friedmana, że wielkie, szybkie i niespodziewane zwiększanie podaży pieniądza to zły wybór.

Przed rokiem 2000 wartość netto rosła mniej więcej w takim samym tempie jak nominalny PKB, choć zaznaczały się różnice pod tym względem między państwami objętymi badaniem. Na przełomie stuleci ukształtował się wszakże nowy trend – wartość netto zaczęła rosnąć istotnie szybciej niż tempo wzrostu nominalnego PKB. Realne inwestycje szły nadal krokiem równym z PKB, więc to nie większe inwestycje szły za nieproporcjonalnym do PKB przyrostem wartości netto w minionych dwóch dekadach, które były okresem bardzo niskich stóp procentowych. W obliczu wielkiej dostępności gotówki bardzo wzrosły ceny nieruchomości. W 10 państwach z badania McKinsey średnio aż trzykrotnie.

W McKinsey oszacowano, że w okresie 2000-2020 udział czynnika wzrostu cen w przyroście wartości netto wyniósł aż 77 proc. Podział wzrostu cen na inflację towarów i usług konsumpcyjnych (CPI) i wzrost pozostałych cen potwierdza tezę o tym, że luźna polityka monetarna spowodowała dynamiczny wzrost cen aktywów. W 10 państwach uwzględnionych przez McKinsey wzrost cen zgodny z CPI dołożył w okresie 2000-2020 do wartości netto 34 proc., wzrost cen ponad CPI – 43 proc., a inwestycje netto – 28 proc. Do 100 proc dojdziemy, gdy uwzględnimy w tym rozbiorze 4 proc. spadku aktywów finansowych netto i zapomnimy o wartościach po przecinku.

Rekordzistą w sztucznym „nadmuchiwaniu” aktywów wskutek wzrostu cen jest Wielka Brytania z 96 proc. udziału wzrostu cen we wzroście wartości netto, za nią Meksyk (89 proc.) i USA (87 proc.). Zasadna może wydać się spekulacja, że Wielka Brytania i USA brylowały w programie luzowania ilościowego, a pierwsze miejsce Zjednoczonego Królestwa może mieć związek z relatywnie mniejszym rozmiarem jego gospodarki realnej. Z szablonu wymyka się oczywiście Japonia, w której z powodu deflacji ceny zaniżały wzrost wartości netto (minus 56 proc.), ale co to za teoria bez wyjątków.

Jan Cipiur, dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii