Z Kristen Ghodsee i Mitchellem A. Orensteinem rozmawia Agnieszka Lichnerowicz
Ich wspólna książka „Taking Stock of Shock: Social Consequences of the 1989 Revolutions” (wyd. Oxford University Press) analizuje trzy dekady transformacji w 27 państwach, czyli regionie zamieszkanym przez 400 mln ludzi. Autorzy czerpią z różnych dyscyplin nauk społecznych, analizują m.in. dane oraz badania ekonomiczne, demograficzne, socjologiczne i etnograficzne. Dane, do których autorzy odwołują się w analizach oraz sama książka, są dostępne na stronie https://www.takingstockofshock.com
Transformacja po upadku bloku wschodniego była sukcesem czy porażką?
Mitchell A. Orenstein: I tym, i tym. Gdy zabieraliśmy się do pisania książki, nie zamierzaliśmy oceniać transformacji krajów Europy Środkowej, Wschodniej i Eurazji z perspektywy ideologicznej. Chcieliśmy jedynie przyjrzeć się jej z pomocą różnych nauk społecznych. Jako naukowcy chcieliśmy odpowiedzieć na pytanie: co tak naprawdę się stało?
Reklama
I co się stało?
MO: Wiele sprzecznych rzeczy. W tym problem, dlatego tak dużo nieporozumień. Z jednej strony wielu ludziom wspaniale się powiodło, z drugiej tak wielu wiedzie się bardzo źle. Czasem mówimy w takiej sytuacji o odbiciu w kształcie litery K - jedni są na linii w górę, drudzy na linii w dół.
„Nierówności, głupcze!”?
MO: Nierówności dramatycznie wzrosły. To, co się działo, miało skrajny charakter. Wielu ludzi skorzystało z pojawiających nowych możliwości. Ale też nietrudno znaleźć nawet w Warszawie, a szczególnie poza stolicą, ludzi, dla których obietnice nie zostały spełnione i wcale nie żyje im się lepiej. Choć Polska jest jednym z liderów wzrostu dochodu dla najbogatszego 1 proc. w regionie. Muszę też podkreślić, że gdyby nasza książka była tylko o Polsce, pewnie jej wydźwięk byłby nieco inny. Ale jest o całej grupie państw postkomunistycznych. Trudno objąć zjawisko, które z jednej strony przyniosło tak spektakularny wzrost możliwości, a z drugiej najgorszą (ang. worst) recesję gospodarczą we współczesnej historii (od 1870 r. - red.).
Najpotężniejszą?
MO: Tak, transformacja postkomunistyczna była najgorszą recesją współczesności. Kropka. Była potężniejsza niż Wielki Kryzys w USA w latach 30., gorsza niż niemiecka hiperinflacja i pod wieloma względami ekonomicznymi niż II wojna światowa. Oczywiście wtedy zginęły miliony ludzi, trudno więc porównywać, ale wojna skończyła się szybko. Jeśli zaś chodzi o transformację w Europie Środkowej, Wschodniej i Eurazji, to państwa wracały do poziomu PKB per capita z 1989 r. średnio przez 17 lat. Niektórym (np. Ukrainie, Serbii, Łotwie i Gruzji) nie udało się przynajmniej do 2019 r., kiedy zbieraliśmy dane do książki.
Pani mieszkała wówczas w Bułgarii?
Kristen Ghodsee: Mój ówczesny mąż pracował w biurze Banku Światowego w Sofii. Do jego zadań należało spotykanie się z zachodnimi delegacjami i pokazywanie im, jak idzie transformacja. A ta szła bardzo źle, bułgarska gospodarka się załamała. Ale ci międzynarodowi doradcy zatrzymywali się w sofijskim Sheratonie i chodzili do najlepszych barów, dochodzili więc do wniosku, że wszystko dobrze i z takim przesłaniem wracali do Waszyngtonu, Brukseli czy Berlina. Powiedziałam wtedy mężowi, że powinien ich zabrać do małego miasteczka, gdzie drogi i domy się rozpadały, a ludzie nie mieli prądu, bo sprywatyzowany dostawca uznał, że nie warto naprawić linii w tym wiejskim regionie. Ludzie naprawdę cierpieli, szczególnie w późnych latach 90. W ciągu dekady ubóstwo w regionie wzrosło o 94 proc. - w 1999 r., gdy sięgnęło szczytu, 191 mln ludzi znalazło się na granicy ubóstwa (kryterium absolutnego ubóstwa według Banku Światowego to 5,50 dol. dziennie - red.).