Z Nicholasem Kristofem rozmawia Jakub Dymek

Jakiś czas temu czytałem w „Washington Post” o nauczycielach w USA, którzy mieszkają w samochodach i nocują na parkingach, bo nie są w stanie związać końca z końcem. Bezdomni nauczyciele - to był dla mnie szok. Dlaczego na to pozwalacie?

Reklama
W Ameryce zbyt łatwo do podobnych historii się po prostu przyzwyczaić i zobojętnieć. Nauczyliśmy się przez ostatnie 50 lat winić ludzi za ich niepowodzenia i życiowe tragedie - skoro komuś nie poszło w życiu, najwyraźniej na to zasłużył. Tylko proszę mnie dobrze zrozumieć: ludzie powinni odpowiadać za swoje wybory. Osobista odpowiedzialność to nie liberalny ani republikański wymysł - wiele osób, które wylądowały na dnie, podejmowało złe decyzje. Jednak gdy całe klasy czy regiony biednieją i niweczymy szanse na rozwój kolejnych pokoleń, to jest też coś takiego jak społeczna czy zbiorowa odpowiedzialność.

To znaczy?

W Ameryce świetnie poradziliśmy sobie ze wspieraniem innowacji, nowych technologii i wynalazków. Tworzymy kulturę popularną, którą żyje cały świat. Nasza gospodarka wytwarza wielkie bogactwo. Ale gdy chodzi o zapewnienie opieki medycznej dla naszych obywateli albo poprawę wskaźników jakości i długości ich życia, to już nie idzie nam tak dobrze. Nasze wyniki w dziedzinie edukacji też są dość przeciętne. A to najlepszy wskaźnik tego, jak społeczeństwo poradzi sobie w przyszłości. Myślę, że gdy patrzy się na Amerykę z zewnątrz, te porażki są bardziej widoczne - ucieka nam Kanada, Europa i coraz większa część Azji.

Polska akurat nie należy do krajów, gdzie surowa ocena USA dochodzi do głosu. Są badania, które wskazują, że nasza ocena Ameryki jest wyższa niż samych Amerykanów.

Tak bywa, jesteście wyjątkowi w wielu dziedzinach!

Ale wiemy też, że za chwilę - jak wynika ze wskaźników Banku Światowego - Polska może wyprzedzić USA w dziedzinie spodziewanej długości życia. Różnica między naszymi krajami to obecnie rok (78-79 lat). Dlaczego?

Brak dostępu do opieki medycznej. W USA, w odróżnieniu od reszty krajów rozwiniętych, nie jest ona powszechna. To po pierwsze. Po drugie, jak wspomniałem, skłonność do obwiniania zwykłych ludzi, a także - w przypadku ofiar zaniedbań państwa czy rynku - samych siebie. Po trzecie, złe wybory - sięganie po łatwo dostępne papierosy, alkohol, leki i narkotyki. Ludzie - zamiast iść do lekarza albo prowadzić długotrwałą terapię - zaczynają leczyć się sami: po prostu przyjmują coraz większe dawki coraz bardziej uzależniających substancji. W naszej książce opowiadamy historię weterana wojen w Afganistanie i Iraku, który uzależnił się najpierw od opioidowych leków przeciwbólowych, a następnie od heroiny. Trafił do więzienia, rozpadła się jego pierwsza rodzina, a potem kolejna. I on mówił, że wini wyłącznie siebie. To dobre podejście, żeby wyjść z nałogu - nie szukać winy w innych. Ale kiedy on mówi, że tylko on sam odpowiada za swój nałóg, w sensie systemowym nie jest to do końca prawda. Ktoś mu te leki zbyt gorliwie przepisał, ktoś dalej wystawiał recepty, urzędy do spraw weteranów nie skierowały go na terapię uzależnień, lekarze i wojsko nie dopełnili swoich obowiązków wobec niego jako pacjenta, żołnierza, obywatela. Tak zwane zgony z rozpaczy (deaths of despair) - przedawkowanie, zapijanie się na śmierć, samobójstwa - są plagą w Stanach Zjednoczonych. Co dwa tygodnie umiera w ten sposób więcej ludzi, niż przez 18 lat zginęło naszych żołnierzy w Iraku i Afganistanie.

W książce opisujecie losy pana rówieśników z czasów szkolnych, z rolniczego Oregonu lat 70. Większość skończyła bardzo źle: zniszczyły ich przemoc w rodzinie, w tym seksualna, alkohol i narkotyki. Z drugiej strony, w przeciwieństwie do pana, nie wszyscy mieli rodziców profesorów, dom pełen książek i rodzinę ze stałym dochodem.

To prawda, ale też nie można udawać, że ludzie nie mają żadnej kontroli nad swoim życiem. Niektórym ofiarom przemocy w dzieciństwie albo dzieciom z rodzin z problemem alkoholowym mimo wszystko udaje się wyrwać z tej pułapki. Są jednostki, które znajdują drogę ucieczki. Ale generalnie, tak, ma pan rację. My - jako Ameryka - zawiedliśmy wiele dzieci, zanim one zdążyły zawieść nas. Gdyby niektórzy z bohaterów i bohaterek naszej książki załapali się na awans edukacyjny, pracę w stabilnej i uzwiązkowionej branży - jak pokolenie ich rodziców - to może byłoby inaczej.

Skąd wzięła się zatem opowieść o tym, że ofiary same są sobie winne?

Jej korzenie sięgają napięć rasowych z połowy XX w. Gdy politycy nie chcieli rozszerzać pomocy państwa na Amerykanów o innym niż biały kolorze skóry, zaczęli mówić, że to niepotrzebny i przeciwskuteczny instrument. Że ci ludzie sami są sobie winni albo winny jest np. rozpad więzi i kryzys ojcostwa w czarnych rodzinach, przestępczość i lenistwo. Widziałem to dokładnie w Oregonie, gdzie czarnym rodzinom powodziło się gorzej. Oczywiście potem okazało się, że gdy miejsca pracy zaczęły znikać także w moim rodzinnym Yamhill…
Nicholas Kristof amerykański dziennikarz i publicysta, przez większość kariery związany z „New York Timesem”. W 1990 r. razem ze swoją żoną Sheryl WuDunn (wówczas również dziennikarką „NYT”) zdobyli nagrodę Pulitzera za teksty o protestach na placu Tiananmen