Redakcja The Conversation spytała trzech ekonomistów, czy – na podstawie gospodarki Wielkiej Brytanii i USA – widzą sposób na obniżenie inflacji bez wywoływania poważnej recesji. Jonathan Perraton, starszy wykładowca ekonomii na Uniwersytecie w Sheffield, twierdzi, że decyzja Banku Anglii o podniesieniu stóp procentowych o stosunkowo skromne 0,25 punktu procentowego do poziomu 1,25 proc. kontrastuje z podwyżką stóp procentowych przez amerykańską Rezerwę Federalną o 0,75 punktu procentowego dzień wcześniej do przedziału 1,5-1,75 proc. Odzwierciedla to obawy Wielkiej Brytanii, że wzrost gospodarczy będzie słabszy niż wcześniej prognozowano.

Reklama

„Bank Anglii zachowuje ostrożność, mimo że inflacja wynosi obecnie 9 proc. i oczekuje się, że w najbliższych miesiącach osiągnie 11 proc. Są to poziomy nienotowane od lat 80. Prognozy przewidują, że Wielka Brytania doświadczy jednego z najwyższych wskaźników inflacji wśród wiodących gospodarek” – komentuje Jonathan Perraton. Dodaje, że inflacja jest problemem na skalę światową ze względu na zakłócenia w łańcuchach dostaw w następstwie pandemii oraz wyższe ceny energii i innych towarów po inwazji Rosji na Ukrainę. Jednak amerykański ekonomista Adam Posen wskazał na Brexit jako kluczowy czynnik wyjaśniający stosunkowo wysoką inflację w Wielkiej Brytanii. Oznacza to wyższe koszty handlowe, słabego funta szterlinga i niedobory siły roboczej.

Bezrobocie spadło do zaledwie 3,8 proc., choć wskaźniki zatrudnienia są nadal poniżej poziomu sprzed wprowadzenia restrykcji pandemicznych, co wskazuje na to, że więcej osób jest nieaktywnych zawodowo – zwłaszcza starszych pracowników. Niedobór pracowników stał się kluczową cechą brytyjskiej gospodarki.

Spirala inflacji płacowo-cenowej

Można by się spodziewać, że połączenie niskiego bezrobocia i nieobsadzonych wakatów spowoduje wzrost płac. Tymczasem regularne wynagrodzenie w Wielkiej Brytanii, bez premii, spadło w czerwcu realnie o 2,2 proc., co stanowi największy spadek od ponad 20 lat. Przynajmniej nie wygląda to jeszcze na klasyczną spiralę inflacji płacowo-cenowej, w której firmy ustępują przed żądaniami pracowników dotyczącymi wyższych płac, przenoszą koszty na konsumentów w postaci wyższych cen, a pracownicy żądają jeszcze wyższych płac, aby sobie z tym poradzić. Jednak nie zakończyły się jeszcze rundy negocjacyjne i w niektórych sektorach obserwujemy nasilenie sporów płacowych.

Dotychczas popyt konsumpcyjny przyczyniał się do pobudzenia aktywności gospodarczej w Wielkiej Brytanii, ale częściowo był on podtrzymywany przez oszczędności gospodarstw domowych. Częściowo wynika to z faktu, że gospodarstwa domowe wydają teraz więcej, ponieważ zniesiono ograniczenia związane z pandemią, ale istnieją wyraźne ograniczenia co do zakresu, w jakim gospodarstwa domowe mogą sięgać do swoich oszczędności, ponieważ standard życia jest coraz niższy. Nie dziwi więc, że zaufanie konsumentów spada.

Jonathan Perraton podsumowuje: Bank Anglii stoi przed bezprecedensowymi wyzwaniami. Podwyżki stóp procentowych są tępym narzędziem radzenia sobie z problemami po stronie podaży w gospodarce brytyjskiej, w której wzrost gospodarczy ulega zahamowaniu. Dopóki inflacja będzie przewyższać płace, a gospodarka pogrążać się w stagnacji, pomoc ludziom będzie prawdopodobnie spoczywać raczej na rządzie niż na Banku Anglii.

Jak „wyleczyć się” z inflacji?

Brigitte Granville, profesor ekonomii międzynarodowej i polityki gospodarczej z Queen Mary University of London twierdzi, że stagflacja jest na wyciągnięcie ręki. Profesor zastanawia się, czy czeka nas czas równie ciężki jak ten z lat 70. – lub jeszcze gorszy. Jej odpowiedź brzmi: recesja jest prawdopodobna, ale nie należy się obawiać doświadczeń z lat siedemdziesiątych, kiedy to wysoka inflacja utrzymywała się mimo wielokrotnych recesji. Jednak nawet stosunkowo łagodna stagflacja będzie bolesna dla poziomu życia.

Jak pisze Brigitte Granville, najłagodniejszym wyjściem z obecnej sytuacji byłoby natychmiastowe wyleczenie się z inflacji: poprzez zubożenie ludzi w ujęciu realnym, tak aby nie mogli sobie pozwolić na tak duże zakupy. W takim scenariuszu inflacja zmniejszyłaby się, a banki centralne mogłyby pomóc w walce ze spowolnieniem gospodarczym, wycofując się z obecnych podwyżek stóp procentowych. Na drodze do tak szybkiej zmiany sytuacji stoi jednak kilka przeszkód: kontekst ożywienia gospodarczego po kryzysie pandemicznym oraz rynek pracy.

Główne impulsy inflacyjne wynikają z dwóch czynników po stronie podaży globalnej. Po pierwsze, łańcuchy dostaw z trudem radziły sobie z załamaniem popytu i jego ponownym wzrostem w trakcie i po konferencji COVID, co pogorszyła chińska polityka „zero COVID”. Po drugie, dostawy energii i innych zasobów naturalnych zostały ograniczone przez inwazję Rosji na Ukrainie i sankcje nałożone przez Zachód.

Skutki inflacyjne tych problemów są przedłużane przez spiętrzony popyt ze strony zachodnich firm i konsumentów, wynikający z pakietów stymulacyjnych w Wielkiej Brytanii, a zwłaszcza w USA, a także z niewydanych dochodów zgromadzonych podczas blokad.

Bańki spekulacyjne zaczęły pękać

Nie pomaga w tym fakt, że rynki finansowe zostały wyniesione na takie wyżyny przez luźną politykę pieniężną. Chociaż ostatnio bańki spekulacyjne zaczęły pękać, wyceny będą musiały jeszcze trochę spaść, zanim ludzie poczują się biedniejsi i mniej skłonni do kupowania rzeczy.

Jeśli chodzi o drugą przeszkodę na drodze do szybkiego odwrócenia wzrostu inflacji, a mianowicie rynek pracy, to główny problem ponownie leży po stronie podaży. Popyt na pracę ze strony przedsiębiorstw unormował się po wprowadzeniu programu COVID, ale pracowników jest zbyt mało. Przy zbyt małej liczbie pracowników firmy są zmuszone płacić ludziom więcej i przenosić te koszty na klientów w cenach towarów i usług. W obliczu zagrożenia spiralą płacowo-cenową rodem z lat 70. ubiegłego wieku Bank Anglii podnosi stopy procentowe.

„Ogólnie rzecz biorąc” – pisze Brigitte Granville – „spodziewam się, że obecna stagnacja brytyjskiej gospodarki, która prawdopodobnie wejdzie w fazę lekkiej recesji, spowoduje powrót inflacji do docelowego poziomu 2 proc. W USA, gdzie popyt podstawowy i kredyty są silniejsze, do osiągnięcia tego samego celu mogą być potrzebne ostrzejsze podwyżki stóp procentowych”. Zdaniem profesor, gdy inflacja nieco się zmniejszy, banki centralne powinny zaprzestać podnoszenia stóp procentowych, aby nie przynieść więcej szkody niż pożytku.

Brexit zmienił migrację

Zatrudnienie wróciło do normy szybciej niż w czasie poprzednich recesji – zwraca uwagę Chris Martin, profesor ekonomii na Uniwersytecie w Bath. „Z drugiej strony, zatrudnienie jest nadal niższe niż przed pandemią o blisko 250 tys. pracowników. Płace realne nadal nie są wyższe niż w 2008 roku. A kontekst makroekonomiczny jest ponury: trudno sobie wyobrazić, jak rynek pracy ma się rozwijać, jeśli wzrost gospodarczy jest słaby lub nie ma go wcale”.

Kilka czynników sprawia, że trudno jest ocenić najbliższe miesiące. Chris Martin je wylicza: po pierwsze, bezrobocie nie jest już użytecznym wskaźnikiem rynku pracy. Obecnie pracowników dzieli się na zatrudnionych, bezrobotnych i nieaktywnych zawodowo. Bezrobotni aktywnie poszukują pracy, a nieaktywni – nie. Z około 250 000 pracowników zatrudnionych, których liczba spadła od 2019 r., 80 proc. to osoby nieaktywne zawodowo, a tylko 20 proc. jest obecnie bezrobotnych.

Po drugie, Brexit nie zmniejszył migracji, ale ją zmienił. W Wielkiej Brytanii zatrudnionych jest mniej obywateli UE, za to więcej pracowników z Nigerii, Indii i podobnych krajów. Są to zazwyczaj osoby o wyższych kwalifikacjach, pracujące w służbie zdrowia i opiece społecznej, a nie w hotelarstwie.

Większa liczba wykwalifikowanych pracowników powinna wpłynąć korzystnie na wydajność pracy i wypełnić ważne role w służbie zdrowia i opiece społecznej, ale jednocześnie branża hotelarska boryka się z problemami. Nie jest jednak jasne, czy zmiany te są trwałe, co również utrudnia prognozowanie sytuacji na rynku pracy – zaznacza Chris Martin.

Wreszcie, między sektorem publicznym a prywatnym pojawia się uderzająca przepaść. Zatrudnienie w sektorze prywatnym powróciło do poziomu sprzed wprowadzenia dyrektywy COVID, natomiast zatrudnienie w sektorze publicznym pozostaje w tyle. Płace w sektorze prywatnym rosną obecnie o 8 proc., podczas gdy w sektorze publicznym zaledwie o 1,5 proc. Prognozowanie zatrudnienia w sektorze publicznym jest trudne, ponieważ jest on odporny na niektóre z sił rynkowych, które napędzają sektor prywatny, jednak wydaje się, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy nie ma szans na zauważalny wzrost.

Te negatywne czynniki będą równoważone przez dużą liczbę wakatów oferowanych obecnie przez firmy oraz przez stosunkowo duże podwyżki płac w niektórych częściach sektora prywatnego – zauważa Chris Martin. Może to skłonić część pracowników, którzy wycofali się z rynku pracy w wyniku pandemii, do powrotu na ten rynek.