Nie wiem, czy tak jest we wszystkich stacjach ani czy tak jest w ogóle, ale jestem skłonny założyć się, że spora grupa ludzi święcie wierzy w tę zasadę. Na przykład politycy. Powiedzieć „nie wiem”, a co gorsza przyznać się do błędu, to zbrodnia cięższa niż – będąc konserwatystą – wziąć udział w orgii gejowskiej w Brukseli. Nieważne, czy w telewizji, w Sejmie czy gdziekolwiek indziej, błędy są zawsze domeną innych. A jak już nawet ktoś ten błąd wytknie w taki sposób, że nie da z tego wykręcić, to trzeba do końca go bagatelizować i umniejszać jego znaczenie.

Poważne wątpliwości

Tak było np. z tą słynną ustawą covidową, której publikację w Dzienniku Ustaw bezprawnie wstrzymywano przez cztery tygodnie. Oczywiście pod pozorem naprawy błędu, który miał polegać na tym, że posłowie nie tak podnieśli rękę, przez co przyznali podwyżki lekarzom. Ale czy można mówić o błędzie ustawodawcy, skoro Senat wprowadził te podwyżki celowo i świadomie (tego, co o tej sprawie myślał prezydent, jeśli w ogóle myślał, podpisując ustawę, nie sposób ustalić), a tylko Sejm je poparł przez „pomyłkę”? Można mieć poważne wątpliwości, jak to elegancko mówią ludzie, kiedy żadnych wątpliwości nie mają.

W ustawie o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi był natomiast prawdziwy błąd: dodawany nowy przepis miał tę samą numerację co przepis już istniejący – 48a. Po to ludzie mają imiona, nazwiska i numery PESEL, by można było ich od siebie odróżnić. A skoro w Polsce zdarzały się przypadki, że na skutek zbieżności nazwisk można było trafić za kratki, mieć wyczyszczone konto przez komornika albo zostać wybranym do Sejmu na czyjejś renomie, to widać wyraźnie, że cechy identyfikacyjne są istotne, bo konsekwencje mogą być poważne. Tak samo jest z numeracją przepisów. Trzeba uważać, bo może się okazać, że dodając przepis rozszerzający kompetencje pewnej grupy ratowników medycznych do pobierania wymazów do testów na COVID-19, można go przypadkiem oznaczyć takim samym numerem jak przepis karny o sankcjach nakładanych przez sanepid. A wtedy mogłoby się okazać, że cała strategia utrzymywania w ryzach społeczeństwa za pomocą groźby nałożenia drakońskich kar pieniężnych (do 30 tys. zł) zostanie wywalona w kosmos. Wszak jedna z podstawowych zasad prawa głosi lex posterior derogat legi priori, czyli prawo późniejsze zastępuje prawo wcześniejsze.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP