To wszystko kłamstwo. Dlaczego więc zaczynam od niego tekst w poważnym portalu? Otóż mam dwa FUNDAMENTALNIE WAŻNE powody.

Cyberataki w Polsce: oszustwa gangów i dezinformacja rosyjskich trolli

Powód pierwszy: opisana tu sytuacja, wraz z ciągiem zdarzeń i decyzji, jest wprawdzie niemożliwa w realnym świecie, natomiast w tym wirtualnym – stała się normą. Prof. Agnieszka Gryszczyńska, szefowa departamentu ds. cyberprzestępczości w Prokuraturze Krajowej, przywołała w zeszłorocznym wywiadzie dla Gazety Prawnej wiele przykładów świadczących o tym, że świat materialny i cyfrowy funkcjonują na kompletnie odmiennych zasadach. W tym drugim cyberprzestępcy, wykorzystując opacznie rozumianą „wolność w sieci”, wynajmują w czołowych serwisach przestrzeń na reklamy służące oszustwom; płacą też domom mediowym i platformom za pozycjonowanie takich stron. Odpowiedzialność domów mediowych i właścicieli serwisów internetowych za publikowane treści jest przy tym zerowa: wiele podmiotów uchodzących w świecie za poważne i wiarygodne (niektóre są notowane na giełdach) nie reaguje na zgłoszenia przestępczych treści, a jednocześnie na nich zarabia. Toleruje nawet boty umieszczone na platformie wyłącznie po to, by prezentować „reklamy” oszukańczych inwestycji i przykuwać uwagę ofiar. Szczytem bezczelności są „bulletproof hostings” – usługodawcy w pełni świadomi tego, że udostępniają swoje serwery cyberprzestępcom. Za dodatkową opłatą gwarantują takim klientom brak reakcji na zgłoszenia nadużyć.

„Działa to tak, że jeżeli w sprawie użytkownika konta hostingowego zwracają się organy ścigania, to taki dostawca nie przekazuje organom ścigania danych, nie podejmuje działań w celu usunięcia nielegalnych treści, a informuje klienta o zapytaniu organów ścigania i zwiększa temu klientowi opłatę” – wyjaśnia prof. Agnieszka Gryszczyńska.

Spokojnie mógłbym sobie zatem zamieścić u takiego hosta kłamliwy passus, od którego zacząłem ten tekst, na przykład w celu oczerniania prezydenta Krakowa w serwisach społecznościowych i na portalach wiarygodnych mediów tradycyjnych – i wszyscy, z organami ścigania włącznie, mogliby mi, za przeproszeniem, skoczyć.

Co więcej, rzekomo w imię obrony „wolności słowa” miliony polskich internautów staje po stronie nie tylko opisanych wyżej oszustów, ale też złoczyńców udostępniających w sieci pornografię dziecięcą oraz narażających masowo 7-12 latków na kontakt z treściami dla dorosłych.

Drugi bardzo ważny powód, dla którego zacząłem ten tekst totalną brednią, jest taki, że jest ona doprawdy niewinna i wręcz zabawna na tle całej masy kretynizmów, które rozpalały w minionym roku polski internet i zapewne w roku obecnym będą nadal obrabiać skrawaniem umysły, serca i dusze Polek i Polaków. Wedle analiz NASK oraz innych organów i służb monitorujących aktywność obcych agentów i trolli w naszej sieci, brednie zalewały nas falami, a siłę i poziom tsunami osiągnęły te dotyczące:

  • rzekomego „wciągania przez Ukraińców Polski w nie naszą wojnę” (np. przy pomocy nalotów dronów oraz sabotaży na torach zagrażających wykolejeniem pociągów – wiadomo, że za te ataki odpowiadają Rosjanie, ale chodziło o przerzucenie odpowiedzialności na uchodźców; czytaliśmy także o rzekomych „ukraińskich partyzantach w polskich lasach”)
  • rzekomego „dojenia przez Ukraińców polskiego systemu pomocy społecznej” i rzekomo „gigantycznych kosztów pomocy Ukraińcom” (gdy w rzeczywistości wpłacają oni do naszego systemu 100 razy więcej niż z niego pobierają w formie zasiłków)
  • rzekomego „wystawania przez Ukraińców w kolejkach do lekarzy, przez co Polacy nie mogą się dostać”
  • rzekomej niewydolności polskiego i europejskiego systemu energetycznego, beznadziejności OZE i wyższości węgla nad OZE, rzekomego braku gazu w Europie i rzekomej szkodliwości energetyki jądrowej (tu trolle chcą ewidentnie powtórki z Niemiec, gdzie pozamykano wszystkie elektrownie atomowe – z ta różnicą, że u nas ma nie powstać żadna), rzekomym tragicznym wpływie sieci elektroenergetycznych na życie i zdrowie człowieka (chwilowo przytłumiło to doniesienia o „szkodliwości 5G” itd.).
  • rzekomego zagrożenia brakiem leków w Polsce i Europie oraz (to już tradycja) o rzekomej szkodliwości szczepień (jesienią „hitem” sieci były szczepionki na HPV); zdrowie jest w ogóle dla siejących zamęt trolli niezwykle wdzięcznym obszarem
  • rzekomych złych efektów obecności Polski w Unii Europejskiej
  • rzekomej drożyzny i skokowego wzrostu ubóstwa w Polsce
  • rzekomego zagrożenia dla „prawdziwej wolności słowa” wynikającego z europejskich (i w ogóle jakichkolwiek) regulacji internetu i publikowanych w nim treści.

A to tylko część niewyobrażalnych głupot serwowanych masowo jako przenajświętsza prawda.

Cyberataki: czy Polki i Polacy ulegają dezinformacji? A jakże!

Czy my się nabieramy na zmasowaną dezinformację serwowaną w polskiej sieci przez ruską i białoruską propagandę? Oczywiście! I to jak! Robotę agentów i trolli zdecydowanie ułatwiają rodzimi użytkownicy internetu, którzy momentalnie podchwytują kłamstwa i rozsyłają je po swoich bańkach – często jeszcze wzmacniając przekaz, bo to akurat leży w ich interesie. Brylują tu politycy i zwolennicy Korony i Konfederacji, ale i ludzie PiS mają w tym obszarze wiele „zasług”. To dzięki ich aktywności brednie nie tylko szybko się rozprzestrzeniają, ale też bardzo długo utrzymują w sieci.

Dezinformacja przedstawiająca migrantów jako główne zagrożenie społeczne i ekonomiczne dla Polek i Polaków wykreowała SETKI TYSIĘCY wpisów zawierających fałszywe treści i manipulacje. Jej efektem był niemal dwukrotny spadek odsetka obywateli popierających pomoc dla uchodźców z Ukrainy.

Opublikowany właśnie raport „Wiem, że to manipulacja, ale i tak się denerwuję – Polacy w epoce dezinformacji”, oparty na badaniu ilościowym i jakościowym przeprowadzonym przez Fundację Pole Dialogu wraz z badaczami z Uniwersytetu Warszawskiego, wskazuje na porażającą siłę i skuteczność opisanych wyżej zmasowanych ataków ruskich agentów i trolli. Przemysław Sadura, współtwórca opracowania, mówi wprost: „Jesteśmy na wojnie. Dezinformacja wzbudza strach, destabilizuje społecznie i politycznie. Coraz więcej danych pokazuje skalę i głębię negatywnego wpływu kampanii dezinformacyjnych w kluczowych obszarach takich jak migracje, sprawy ukraińskie czy Unia Europejska. Jej realny wpływ, szczególnie w takich obszarach, jak klimat, jest całkowicie niedoszacowany”.

Najczarniejszy z wniosków z raportu brzmi: prostowanie bredni na zasadzie factcheckingu ma bardzo ograniczoną skuteczność, ponieważ po stronie odbiorców tworzy wrażenie „nadmiaru sprzecznych przekazów”, przez co prowadzi do „poczucia chaosu i wycofania się obywateli z debaty publicznej”, szczególnie w złożonych kwestiach.

Rekomendacja: potrzebne są kompleksowe systemowe rozwiązania zmniejszające ekspozycję i podatność obywateli na dezinformację: „tak jak wojsko nie może polegać na tylko jednej broni i powinno zbudować cały obronny ekosystem, tak samo nasze bezpieczeństwo nie może być oparte na jednym urzędzie, przepisie czy dobrej praktyce. Przeciwdziałanie dezinformacji to ciągły i przenikający całą sieć społeczną proces.

I jeszcze jedna bardzo ważna konstatacja Przemysława Sadury: „Często celem grup rozpowszechniających fałszywe treści nie jest to, byśmy im uwierzyli. Wystarczy byśmy uznali, że nikomu tak naprawdę nie można wierzyć i zwątpili w naukę, media czy państwo”.

Cyberataki a totalna „wolność słowa”

Jako się rzekło, wszelkie próby uregulowania internetu, czyli wprowadzenia w polskiej (europejskiej) sieci zasad choćby zbliżonych do tych, jakie obowiązują nas wszystkich w realnym świecie, spotykają się ze wściekłym atakiem rzekomych obrońców wolności słowa. Nieprzypadkowo w owym gronie prym wiodą najwięksi kłamcy, w tym ruscy trolle. To doprawdy wyborne, jak wielu z nas potrafi się nabierać na banalne chwyty socjotechniczne. I jak nieliczni umieją sobie zadać proste pytanie: co mogą robić obcy trolle w naszym internecie, a co my, ludzie Zachodu, możemy robić w internecie rosyjskim lub chińskim? Albo: dlaczego pewien serwis społecznościowy jest w Chinach serwisem edukacyjnym, a w Polsce i Europie – odmóżdżającym, a przy tym skrajnie uzależniającym od kretynizmów i patostreamów, przy których dzisiejszy początek mojego tekstu jawi się jako „Chatka Puchatka”.

Nie ma dziś chyba bardziej nietrafnego określenia niż „media społecznościowe”. Nie są to bowiem żadne media, a już na pewno nie ma toto nic wspólnego ze społecznościami. Również słowo „serwis” wydaje się mocno nieadekwatne, albowiem sugeruje, że to coś służy użytkownikom, a tymczasem jedynym jego celem jest zarabianie coraz większej kasy przez właścicieli. Bardziej pasowałaby tu nazwa „tuby antyspołeczne”.

Z postępowania antymonopolowego prowadzonego przez amerykańską Federalną Komisję Handlu dowiedzieliśmy się w zeszłym roku, że tylko 7 proc. treści pokazywanych użytkownikom Instagrama i Facebooka pochodzi od ich znajomych lub kont świadomie obserwowanych. Resztę treści, czyli 93 proc., podsuwa algorytm. Nie służy to żadnemu tam ułatwianiu kontaktów i wzmacnianiu więzi w społeczności, tylko kolportowaniu contentu, który przykuje uwagę i zatrzyma użytkowników jak najdłużej w danej aplikacji. Cel jest oczywisty – i tylko jeden: monetyzowanie naszej obecności w sieci.

Wielu komentatorów podnieca się ostrą rywalizacją chatbotów AI. Niewątpliwe przewagi i sukcesy ChataGPT w tej batalii mają zwiastować kres monopolu Google w obszarze wyszukiwarek. Ale są i tacy, którzy widzą w ekspansji chatbotów kolejny powód do niepokoju: o ile w 20-letniej epoce Google’a większość ludzi klikała jednak w jakieś linki do oryginalnych treści, o tyle dziś rośnie odsetek osób ograniczających się do szybkiego przeczytania gotowych syntetycznych „odpowiedzi AI”. Co daje jeszcze więcej władzy algorytmom. A ściślej: ich właścicielom.

Jakoś nie spędza to snu z powiek „obrońcom wolności słowa w sieci”. Przeciwnie, gotowi są protestować przy każdej próbie ograniczenia wszechwładzy algorytmów i stojących za nimi bóg techów. Kiedy ktokolwiek wspomni o usuwaniu treści łamiących prawo, o możliwości skutecznego reagowania na kłamstwa, oszczerstwa i mowę nienawiści, słyszymy o „cenzurze” i „zamachu na wolność”. Tu pojawia się pytanie: czy w imię obrony prawa do własnej opinii można krzywdzić innego człowieka, poniżać go, kłamać, głosić rzeczy sprzeczne z ustaleniami nauki, groźne dla bezpieczeństwa kraju czy zdrowia publicznego?

Cyberataki na Polskę i chocholi taniec trolli

W realnym świecie wolność słowa jest jednym z kilku najbardziej fundamentalnych praw człowieka - bez niej nie jest możliwy demokratyczny ustrój państwa. Każdy może zatem nieskrępowanie posiadać oraz poszukiwać, otrzymywać i przedstawiać innym przy pomocy dostępnych środków dowolną informację, pogląd lub ideę. Wolność słowa nie ma jednak charakteru absolutnego: jej granicę wyznaczają prawa i wolności innych osób. W sieci ta zasada nie obowiązuje. Dlaczego?

Gdyby jakiś nauczyciel zaprosił do szkoły pedofila epatującego 11-latków pornografią i zachęcającego do czynów nierządnych, nasi obrońcy opacznie rozumianej „wolności słowa”, będący przeważnie także „obrońcami tradycyjnej polskiej rodziny”, nie kryliby oburzenia i żądali głowy ministra edukacji. Ale kiedy co trzeci polski dzieciak od 7 do 12 lat przyznaje, że zetknął się z pornografią w sieci, 1,3 mln korzysta z serwisu porno, a setki tysięcy narażonych jest na działania totalnych patoli i ich patotreści (w tym namawiania do skrajnie niebezpiecznych zachowań, a nawet samobójstw) – to jest OK.

Ten nasz chocholi taniec odbywa się w konkretnych realiach. Większość Polek i Polaków, zwłaszcza młodszej daty, czerpie niemal całą wiedzę o świecie, w tym bieżące informacje, z serwisów należących do trzech – czterech globalnych bóg techów, których łączne przychody za rok 2025 były wyższe od całego – rekordowego w dziejach - PKB Polski. Każdy z nich może w dowolnym momencie wyłączyć konto dowolnemu użytkownikowi – w tym prezydentowi USA, najpotężniejszego państwa na świecie (a co dopiero naszemu). Regulują to regulaminy prywatnych firm, a swoich „praw” (?) można dochodzić nie przed sądem powszechnym we własnym kraju, lecz w Stanach lub Chinach. Tak, tych samych Chinach, w których internet jest w 100 procentach cenzurowany przez państwo. I których agenci i trolle korzystają w Polsce z totalnej „wolności słowa” bronionej zawzięcie przez…

No właśnie – kogo i w imię czego?