Księgarnia na warszawskim Ursynowie. Ruch jest niewielki, z rzadka ktoś wchodzi, bo po pierwsze w pandemii lepiej nie ruszać się z domu, a po drugie i bez koronawirusa wygodniej kupować książki przez internet. Jedna z klientek chce dostać najnowszą książkę Radosława Raka „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”. Pozycja obowiązkowa dla każdego, kto płynie z prądem czytelniczych nowości. A Rak został w tym roku laureatem Nagrody Literackiej „Nike”, więc jest ostatnio gorącym towarem. „Baśni” oczywiście nie ma w księgarni na stanie. Sprzedawczyni przyznaje, że też na nią czeka, bo sama chce przeczytać, ale jest nie do dostania. Zawiedziona czytelniczka odchodzi z kwitkiem.
Kupujący przez internet znają ten ból. Szukają upatrzonego tytułu, wchodzą na stronę, chcą złożyć zamówienie i orientują się, że towar jest niedostępny. To częsty status głośnych premier, ale też książek, które na półkach pojawiły się dawno temu i nakład po prostu się wyczerpał. Robienie dodruków nie ma ekonomicznego sensu, bo popyt na taką książkę jest trudny do oszacowania. W przypadku zwycięzców prestiżowych konkursów literackich problem też leży w podaży. Zwykle taki pisarz jest dopiero na dorobku, bez wyrobionego nazwiska i nawet jeśli branża wróży mu sukces, to nie wiadomo, kiedy się przytrafi. Wydawca nie przesadza więc z nakładami. Gdy autor w jednej chwili zostaje doceniony, jego książka błyskawicznie zyskuje wartość rynkową. Czytelnicy szukają nagrodzonej pozycji, więc trzeba dodrukować, a to trwa. Książka jest więc niedostępna, choć bardzo pożądana. Taki paradoks w czasach gospodarki rynkowej.

Licencja na… niedrukowanie

Rynek książki do łatwych nie należy. Dla każdego uczestnika. Autorzy narzekają na niewielki procent od sprzedaży i śmiesznie niskie zaliczki na poczet sprzedaży podstawowego nakładu, więc zamiast pisać książki, wielu z nich woli drukować teksty w gazetach, bo pieniądze są porównywalne, za to szybsze. Wydawcy liczą każdą złotówkę i kręcą nosem, że tytuł się nie sprzedaje, bo książka jest zbyt głęboko schowana albo obsługa sklepu nie przyniosła towaru z zaplecza. Najgorsze są zwroty, które trzeba znów zatowarować, ponosząc dwa razy koszty magazynowe i logistyczne. A jeśli książki wrócą uszkodzone, zamiast do magazynu, pójdą na przemiał i pieniądze będą nie do odzyskania. Do tego wskaźniki czytelnictwa w Polsce dalekie są od optymizmu. W 2019 r. trochę drgnęło – być może za sprawą literackiego Nobla dla Olgi Tokarczuk – niemniej odsetek Polaków, którzy przeczytali chociaż jedną książkę w roku, jest nieduży. Teraz to 39 proc., a jeszcze na początku lat 90. było 71 proc.
Rocznie pojawia się na ryku 30 tys. nowych tytułów. Ich liczba rośnie, za to średni nakład maleje. Jeszcze w 2011 r. oscylował w okolicach 5 tys., by w ciągu ledwie pięciu lat spaść o połowę. Z roku na rok spada też liczba kupowanych egzemplarzy (2011 r. – 119,3 mln; 2016 r. – 98,3 mln). Kurczą się przychody ze sprzedaży książek w cenach zbytu wydawców (2011 r. – 2 940 mln zł; 2016 r. – 2 320 mln zł). I tylko ceny detaliczne idą w górę. 10 lat temu książka kosztowała w księgarni przeciętnie 37,8 zł i drożała co rok średnio o 1 zł (wszystkie dane za branżowym czasopismem „Biblioteka Analiz”).
W tym biznesie, wiadomo, chodzi o sprzedaż. Ale wyprzedanie całego tytułu – jeśli nie jest to bestseller, murowany pewniak, wyczekiwana nowość czy inny rarytas – pozostaje marzeniem ściętej głowy i spędza sen z powiek wydawcom, którzy chcą odzyskać zainwestowane w produkcję pieniądze.