Forsal logo

Wzrost płac nie zawsze jest dobrą wiadomością. Dzisiaj w Polsce nie jest

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
2 października 2021, 20:17
Pieniądze w portfelu
<p>Pieniądze w portfelu</p>/Shutterstock
Wynagrodzenia rosną w Polsce w tempie bliskim historycznych rekordów. GUS podaje, że w sierpniu przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 9,5 proc. r/r i wyniosło 5843 zł. Obóz władzy może się chwalić: Polska się rozwija, a Polacy bogacą, i to mimo pandemii!

A także bagatelizować rosnącą inflację. Wyniosła wprawdzie w sierpniu 5,5 proc., ale skoro średnie wynagrodzenie wzrosło o niemal 10 proc., to w czym problem? Jak przekonuje premier Morawiecki, oznacza to po prostu, że możemy kupić dwa razy więcej. A będzie jeszcze lepiej, bo rząd od przyszłego roku podniesie pensję minimalną. Gdyby słuchać tylko mediów związanych z władzą, można by dojść do wniosku, że za wzrostem naszych wynagrodzeń stoją rząd oraz bank centralny, który dzielnie utrzymuje stopy procentowe na niskim poziomie.

Z tym wszystkim jest jeden problem: w długim terminie jedynym zdrowym motorem wzrostu płac jest nie rządowy dekret czy luźna polityka pieniężna, lecz produktywność pracy. A ona – chociaż przez ostatnie dekady bardzo szybko w Polsce rosła – od wybuchu pandemii niestety zaczęła spadać. Jeśli nie dogoni wzrostu płac, będziemy mieli poważny problem.

Casus Lewandowski

Co w najogólniejszym ujęciu determinuje wysokość naszych zarobków? W swoim klasycznym podręczniku „Ekonomia dla każdego” Thomas Sowell odpowiada: podaż i popyt. Tam, gdzie ludzi zdolnych do wykonywania danego zawodu jest więcej niż ofert pracy, pensje będą prawdopodobnie niższe. Ale nawet w takiej sytuacji pracownik pracownikowi nierówny. Większą pensję firma zaoferuje temu, który wytworzy dla niej większą wartość, a więc pracownikowi o większej produktywności. Nie oznacza to jednak – tłumaczy Sowell – że do każdej firmy, w której moglibyśmy zostać zatrudnieni, wniesiemy ten sam poziom produktywności. Owszem, jednostkowo zależy ona od indywidualnie nabytych cech, które można mierzyć (doświadczenie, wykształcenie, inteligencja itd.), ale nie tylko, a nawet nie przede wszystkim od nich. Produktywność pracy zależy także od ilości i jakości innych czynników produkcji – stwierdził ekonomista.

CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP I NA E-DGP

Źródło: MAGAZYN DGP
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Sebastian Stodolak
Sebastian Stodolak

Publicysta ekonomiczny Dziennika Gazety Prawnej, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, absolwent filozofii na Uniwersytecie Warszawskim oraz Podyplomowego Studium Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej PAN. W przeszłości jego artykuły ukazywały się na łamach tygodników „Wprost” oraz „Newsweek”. Zdobywca wyróżnienia w XV edycji konkursu im. Władysława Grabskiego za pracę z dziedziny polityki pieniężnej. W 2017 r. został laureatem  Nagrody Centrum im. Adama Smitha im. Krzysztofa Dzierżawskiego za „promowanie wolności i zdrowego rozsądku.” Poza pracą dziennikarską, jest także wokalistą heavymetalowego zespołu Scream Maker, z którym wydał 5 płyt i zagrał ponad 400 koncertów, w tym 6 tras w Chinach.  

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraAtom mógłby zatrzymać zmiany klimatyczne. Dlaczego jest sabotowany od lat 70. XX wieku? »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj