„Telegram skupia stopniowo wszystko, co zostało lub może zostać zablokowane” – komentuje Szrajbman. Jego zdaniem paradoksalnie władze, które uważają Telegram za największe zło, „każdym swoim krokiem w stronę cenzury zwiększają liczbę jego użytkowników”.

„To są już miliony ludzi, a administratorzy najpopularniejszych kanałów stali się ważnym postaciami, w istocie – koordynującymi protest” – ocenia analityk. Chodzi m.in. o kanał Nexta, należący do przebywającego w Polsce Sciapana Puciły, co stało się już powodem poważnych politycznych ataków na Warszawę ze strony Mińska.

Kanał Nexta Live, który w trybie online publikuje informacje w zasadzie o wszystkich kluczowych wydarzeniach na Białorusi, ma ponad 2,1 mln użytkowników. Dla porównania Puł Pierwogo, kanał prezydenckiej służby prasowej, ma 77 tys. subskrybentów, państwowa agencja BiełTA – 16 tys., a bardzo sprawnie działający kanał ATN z newsami państwowej Biełteleradiokampanii – na razie tylko 5 tys.

„Nie znam się na technikaliach, ale skoro Telegram nie został zablokowany, to znaczy, że się tego nie da zrobić. Najwyraźniej do jego zablokowania potrzebne są bardziej zaawansowane działania czy po prostu odłączenie internetu, co generuje ogromne koszty, bo blokuje pracę np. banków i innych instytucji” – mówi Szrajbman.

Reklama

Doświadczenie zdaje się to potwierdzać. Od wyborów prezydenckich 9 sierpnia, przez pierwsze dni protestów i najbrutalniejszych represji ze strony milicji, internet był wyłączany całkowicie lub częściowo. Później – również w czasie największych demonstracji - były przypadki odłączania internetu mobilnego. W takiej sytuacji nie pomagają nawet serwery proxy i sieci VPN, w obsłudze których Białorusini stali się już prawdziwymi ekspertami.

Z jednej strony władze próbują z Telegramem walczyć. Gdy 15 sierpnia straż graniczna poinformowała o niewpuszczeniu do kraju Polaków „podających się za alpinistów”, jako jedną z przyczyn podano „zrzuty ekranów z destrukcyjnego profilu na Telegramie”.

Wieść gminna niesie, że podczas zatrzymań milicja sprawdza telefony właśnie pod tym kątem.

Z drugiej strony władze już od dawna próbują z tego komunikatora korzystać i rywalizować z uważanymi za opozycyjne treściami, choć na razie – z marnym skutkiem. „Ich odbiorca przede wszystkim ogląda telewizję, konkurencja na Telegramie to dla nich z definicji gra na cudzym boisku” – mówi Szrajbman.

Oceniając przemieszczenie się „terytorium wolności słowa” na Telegram, ale nie tylko – bo wciąż ważne są np. YouTube czy Facebook - analityk mówi, że „to nie pierwsza taka sytuacja”.

„To samo obserwowaliśmy wcześniej, gdy władza zmonopolizowała telewizję i gazety, i wolność słowa przeprowadziła się do internetu” – wskazuje. Jak mówi, szybko okazało się, że tam, gdzie jest konkurencja, wygrywają media niezależne i opozycyjne.

„Kiedy zaczęli dociskać media internetowe, te przeniosły się na Telegram, a za nimi – ludzie. To jest jak woda – zablokowane w jednym miejscu, płynie tam, gdzie jest wolne dojście” – wyjaśnia analityk.

Jego zdaniem władze „w sumie to rozumieją, dlatego tych portali niezależnych, które uważają za mniej więcej umiarkowane, nie blokują, przynajmniej na razie”. „Jednak w sytuacjach zaostrzenia (napięć) te racjonalne kalkulacje schodzą na dalszy plan” – podkreśla.

Obecnie na Białorusi zablokowanych jest kilkadziesiąt różnych stron internetowych, w tym kluczowych białoruskojęzycznych mediów niezależnych, takich jak Radio Swaboda, Nasza Niwa czy telewizja Biełsat, nie mówiąc już o zablokowanej od dawna Karcie’97. Dostęp do portalu newsowego niezależnej agencji BiełaPAN (Naviny.by) również został zamknięty. Nawiny używają – na razie skutecznie - alternatywnego adresu naviny.media.

Wszystkie informacje i newsy są jednak publikowane na Telegramie.

„Można powiedzieć, że życie polityczne toczy się na Telegramie” – ocenia Szrajbman. Podkreśla jednak, że nie należy zapominać o dużej grupie odbiorców, będących zwolennikami władz, która „wybiera telewizor”.

Szrajbman przyznaje, że oczywistą konsekwencją wypychania przez władze informacji na Telegram jest to, że ci, którzy je publikują, znajdują się poza polem prawnym, bo formalnie nie będąc mediami, pełnią ich funkcje.

Mogą pojawiać się np. pytania o etyczność czy wiarygodność pewnych treści czy np. źródła finansowania. „Dyskusja o tym toczy się, także na Białorusi, ale obecnie ludzie są jednak zajęci czym innym” – mówi.

Konstatuje, że władza na własne życzenie wypchnęła informację w przestrzeń, której nie może kontrolować.

Symbolicznie niemożliwość ingerowania w Telegram przez władze obrazuje sprawa ikonki białoruskiej flagi. Komunikator odgórnie zmienił emoji z flagą Białorusi na „opozycyjną” biało-czerwono-białą. Nawet czerwono-zielona flaga państwowa po wysłaniu zmienia kolory (zabieg ten nie działa, jeśli w wiadomości oprócz ikony znajduje się także tekst). Białoruskie radio Mir zmianę tę nazwało „dywersją”.

Z Mińska Justyna Prus (PAP)