Określenie „prywatyzacja wody” brzmi dla wielu osób absurdalnie. Jak niewielka liczba korporacji mogłaby kontrolować dostęp do tak, zdawałoby się, podstawowego i obficie występującego dobra?

A jednak. Zjawisko to nasila się na całym świecie, a wśród jego najważniejszych przyczyn wymienia się na przykład zanieczyszczenie zbiorników wodnych zaopatrujących najuboższych i ciągłe niedobory. Zapasy wody zdatnej do picia szybko są zużywane, co jest między innymi wynikiem największego w historii kryzysu klimatycznego. Rośnie tymczasem zapotrzebowanie – do 2050 roku zwiększy się nawet o 55 proc.

Reklama

Brytyjska i brazylijska prywatyzacja

Zdaniem autorki pandemia nasiliła problem. Wiele krajowych rządów a nawet instytucji zdrowia publicznego wykorzystuje kryzys do promowania takich rozwiązań jak przejmowanie przez sektor prywatny dostępu do dystrybucji zasobów wody czy instalacji sanitarnych. Znakomitym przykładem jest Brazylia. Skutek? Ograniczenie dostępu do wody dla ubogich regionów w tym kraju. Takie działania mają także wsparcie dużych międzynarodowych organizacji (na przykład Banku Światowego czy ONZ), chociaż podczas pandemii ujawniły się katastrofalne społeczne skutki prywatyzacji podstawowych usług, w tym zaopatrzenia w wodę (na co wskazywało ONZ).

Jako przykład zgubnych dla obywateli skutków prywatyzacji wody autorka podaje Wielką Brytanię. Już w ciągu pierwszego roku od jej rozpoczęcia ceny wody wzrosły o 46 proc. Długoterminowe skutki były również negatywne. Sprywatyzowane firmy wodociągowe z tego kraju zaciągnęły ogromne długi, nie inwestując przy tym w rozwiązania zmniejszające poziom zanieczyszczeń, wypłacając za to akcjonariuszom horrendalne dywidendy. Kontrprzykładem jest Szkocja, w której sektor usług wodno-kanalizacyjnych jest publiczny, dzięki czemu rachunki są niższe, a inwestycje w infrastrukturę przypadające na jedno gospodarstwo domowe o 35 proc. wyższe niż w Wielkiej Brytanii.

Zasuszone Południe

Prywatyzacja wody to problem, który obserwujemy przede wszystkim w krajach południowej półkuli. Dhlamini opisuje przypadki niektórych państw, w których dostęp do wody jest mocno ograniczony. To chociażby Bangladesz czy Zimbabwe.

Powołuje się także na badania, które pokazują, że kiedy rządy decydują się na sprywatyzowanie usług użyteczności publicznej, takich jak dystrybucja wody, skutkuje to szkodliwymi globalnymi skutkami zdrowotnymi. Nic dziwnego, że dobrze zarządzane usługi wodne, sanitarne i higieniczne również odgrywają znaczącą rolę w zapobieganiu epidemiom chorób zakaźnych.