Europa wydaje miliardy na obronność. Ale nadrabianie zaległości potrwa

Europejskie kraje Sojuszu stoją przed nie lada wyzwaniem. Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych (IISS), amerykański think tank, szacuje koszt zastąpienia amerykańskich zdolności konwencjonalnych w ramach NATO na 226–344 mld dolarów – zaznaczmy, że chodzi tu tylko o zastąpienie systemów uzbrojenia. Z kolei osiągnięcie całkowitej autonomii strategicznej – gdyby Europa chciała postawić wyłącznie na uzbrojenie własnej produkcji i zastąpić potencjał amerykańskich sił wycofanych ze Starego Kontynentu – kosztowałoby około biliona dolarów.

Europa już zaczęła nad tym pracować. Od 2022 r. wydatki europejskich członków NATO na obronność zwiększyły się o 50 proc. W ciągu kolejnych pięciu lat, jak podaje „The Economist”, mają wzrosnąć do poziomu 500–700 mld euro (588–823 mld dol.) rocznie, z czego 30 proc. zostanie przeznaczone na zakup nowego uzbrojenia.

„Nawet jeśli rosnące budżety obronne Europy udźwigną ten ciężar, to odtworzenie potencjału wielu systemów zajmie lata, zwłaszcza jeśli główny ciężar produkcji spadnie na europejski przemysł obronny” – zaznacza brytyjski tygodnik. Całe szczęście nie we wszystkich elementach Europa jest słabo przygotowana na transatlantycką separację.

Rheinmetall daje przykład. Przebija fabryki w USA

Amerykański dziennik „The Wall Street Journal” pisze, że w wielu dziedzinach uzbrojenia Europejczycy rozwijają się szybciej i robią więcej niż USA. Wskazują na przykład na produkcję okrętów wojennych, okrętów podwodnych, amunicji artyleryjskiej, haubic, czołgów oraz niektórych pojazdów opancerzonych.

Perłą w koronie europejskiego przemysłu militarnego jest niemiecki Rheinmetall – największy koncern zbrojeniowy w Europie – który po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w lutym 2022 r. wybudował lub nadal buduje 16 zakładów produkcyjnych. Już wkrótce jego roczna produkcja pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm, których Europa przez ponad rok nie była w stanie dostarczyć Ukrainie w wystarczających ilościach, osiągnie poziom 1,5 mln sztuk. To więcej niż wynosi ich całkowita produkcja w USA.

Poza tym w wielu krajach pojawiły się także start-upy rozwijające technologie dronowe, czemu sprzyja napływ kapitału venture capital oraz przyspieszenie procedur w instytucjach odpowiedzialnych za zakupy wojskowe. Pod koniec 2024 r. niemiecka spółka Twentyfour Industries nie miała jeszcze ani jednego gotowego projektu bezzałogowca – dziś sprzedaje już drony europejskim armiom. Estonia z kolei stała się światowym liderem w segmencie naziemnych systemów bezzałogowych.

Braki Europy. Satelity, rakiety i F-35

Pamiętajmy jednak, by „plusy” nie przesłoniły nam poważnych „minusów”. Europa pozostaje w tyle, jeśli chodzi o myśliwce w technologii stealth. Obecnie 14 krajów na Starym Kontynencie, w tym Polska, jest na różnym etapie wdrażania takich maszyn amerykańskiej produkcji, czyli F-35.

„Economist” uważa, że jest to wyjątkowo niebezpieczne uzależnienie dla Europy, ponieważ Donald Trump – co można sobie wyobrazić – mógłby wykorzystać ten fakt do realizacji swoich celów politycznych.

„Części zamienne do samolotu są składowane głównie w USA, a maszyna – niczym smartfon – wymaga ciągłych aktualizacji oprogramowania. Douglas Barrie, ekspert IISS ds. sił powietrznych, wskazuje na szczególnie czuły punkt: pliki danych misji (MDF). MDF to rodzaj elektronicznej instrukcji walki, która wymaga częstych aktualizacji, zwłaszcza gdy samolot operuje w warunkach bojowych” – czytamy w tygodniku.

Również na kaprysy Trumpa jest narażona Wielka Brytania. Jej system odstraszania nuklearnego opiera się na pociskach Trident D5 wystrzeliwanych z okrętów podwodnych. Choć przenoszą one głowice brytyjskiej produkcji, same pociski są leasingowane od USA i pochodzą ze wspólnego magazynu w Kings Bay w stanie Georgia. Brytyjskie siły jądrowe są operacyjnie niezależne. Jednak eksperci, tacy jak sir Lawrence Freedman, uważają, że bez amerykańskiej współpracy utrzymanie ich sprawności stałoby się bardzo ciężkie, i to już w ciągu dwóch–trzech lat.

Poza tym Europa musi szukać dla siebie alternatyw, jeśli chodzi o tak strategiczne zdolności jak łączność i rozpoznanie satelitarne, w których nadal jest uzależniona od USA.

Rheinmetall i OHB, producent satelitów, prowadzą rozmowy na temat wspólnego startu w przetargu na budowę „Starlinka dla Bundeswehry” – europejskiego odpowiednika systemu firmy Elona Muska. Projekt, jak podaje dziennik „Financial Times”, ma zapewnić niemieckim siłom zbrojnym niezależną infrastrukturę komunikacyjną.

Również inne państwa europejskie starają się rozwijać własne zdolności kosmiczne. Francja, jak niedawno poinformował Emmanuel Macron, dostarcza Ukrainie już dwie trzecie danych z rozpoznania satelitarnego. Wielka Brytania, która wcześniej polegała w tym zakresie na USA, stworzyła ostatnio własną wojskową konstelację satelitarną.

Poza tym, jak pisze „WSJ”, realizowanych jest także kilka projektów dotyczących produkcji rakiet o zasięgu przekraczającym 1600 km, ponieważ Europa wciąż nie dysponuje własnymi pociskami dalekiego zasięgu. Brakuje jej również odpowiedników systemów Patriot, które są kluczowe dla obrony Ukrainy.

Europa nie nadrobi strat. Ani szybko, ani tanio

Po latach ścisłej współpracy transatlantycki „rozwód” w dziedzinie zbrojeń i bezpieczeństwa wydaje się odległą perspektywą. Trump mógłby wykorzystać w grze politycznej zależność Europy od amerykańskiej broni, ale wydaje się, że tego nie zrobi ze względu na długofalowe koszty. „Economist” zaznacza, że nawet zawieszenie programu zakupów broni do Ukrainy za europejskie pieniądze pozbawiłoby koncerny z USA poważnych zysków.

Z drugiej strony Europejczycy, będący ostatnio co i rusz pod presją Waszyngtonu, jak pisze brytyjski tygodnik, „powinni dwa razy pomyśleć, zanim przedwcześnie spiszą NATO na straty – choćby dlatego, że korzyści ze zintegrowanej struktury dowodzenia są realne”.

„Niezależnie od tego, jak emocjonalnie pociągająca jest wizja strategicznej autonomii, wielkich luk w zdolnościach obronnych nie da się zapełnić ani szybko, ani tanio” – podsumowano.