Atak Władimira Putina na Ukrainę pokazał światu, że odradzająca się Rosja musi być z konieczności imperialistyczną Rosją. Ożywił też dyskusję na temat tego, czy kraj ten powinien zostać „zdekolonizowany”, czy może „zdefederalizowany”, co miałoby pogrzebać jego imperialistyczne ambicje i sprawić, że będzie stanowił (dla innych krajów – przyp. red.) mniejsze wojskowe zagrożenie. Rozpad dzisiejszej Rosji, podobny do tego, do którego doszło w Związku Radzieckim, jest postrzegany jako możliwy. Dla niektórych to wręcz najbardziej pożądany wynik nieudanej inwazji na Ukrainę. Wyraża się ubolewanie, że USA nie postawiły przed sobą takiego celu już w latach 90., kiedy postsowiecka Rosja znalazła się w gruzach i walczyła o utrzymanie jednego, maleńkiego secesjonistycznego regionu: Czeczenii.

Reklama

Dyskusje te prowadzą do literackiego déjà vu ̶ odkąd Związek Radziecki rozpadł się z taką pozorną łatwością, prawie zbyt łatwo wyobrazić sobie Rosję zamienioną w małe państewka. W powieści „Telluria” z 2013 roku Władimira Sorokina, jednego z najbardziej (niesłychanie) precyzyjnych proroków zwrotu Rosji ku faszyzmowi, jeden z bohaterów napisał o rosyjskim imperium:

Gdyby ona, ta wspaniale bezwzględna olbrzymka w swoim diamentowym diademie i śnieżnym płaszczu, niby przypadkiem upadła w lutym 1917 roku i rozpadła się na kilka państw o rozsądnych rozmiarach, wszystko potoczyłoby się w duchu współczesnej historii, a narody ciemiężone przez carską władzę w końcu weszłyby w posiadanie własnej postimperialnej tożsamości i żyły w wolności. Wyszło jednak, jak wyszło.

W „Tellurii” Rosja zostaje ostatecznie podzielona po serii wewnętrznych wstrząsów na w większości autokratyczne księstwa o „dającej się kontrolować wielkości”. Nawet Sorokin nie postrzegał przegranej wojny-inwazji jako impulsu do rozpadu Rosji. A przecież porażka na Ukrainie w połączeniu z zachodnią ekonomiczną presją może naprawdę doprowadzić do gospodarczej katastrofy takiej jak ta, która wywołała upadek Związku Radzieckiego, a tym samym wzmocnić tendencje odśrodkowe, z których zdławienia, możliwego dzięki ustanowieniu „pionowej struktury władzy”, Putin jest tak dumny.

Co to znaczy „historyczna Rosja”

Istnieją dobre powody, dla których może to mieć sens, nawet dla Rosjan ̶ zwłaszcza tych, którzy nie mieszkają w centralnej Rosji.

Putin w pewnym sensie rozpętał dyskusję o rozpadzie nie tylko swoim irracjonalnym atakiem. Umożliwił też intelektualne rozważania, mówiąc o „historycznej Rosji”, która obejmowała jego zdaniem znaczną część współczesnej Ukrainy. Skoro możemy mówić o rdzeniu państwa rosyjskiego, abstrahując od państwa w jego obecnych granicach, to można argumentować, że ten rdzeń jest w rzeczywistości terytorialnie znacznie mniejszy niż dzisiejsza Rosja: jeżeli okroimy ją o wszystkie imperialne podboje, z których niektóre miały miejsce przed 1721 rokiem (w tym przejęcie dużej części Syberii), kiedy oficjalnie stała się imperium.

W pewnym sensie włączenie niektórych terytoriów do Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej ̶̶ podmiotu, który stał się Federacją Rosyjską, gdy Związek Radziecki wyzionął ducha ̶̶ jest w takim samym stopniu przypadkową konsekwencją zdarzeń sowieckiej ery jak uzyskanie państwowości wyższego szczebla przez postradzieckie republiki takie jak Ukraina, Uzbekistan czy Mołdawia.

Dobrym przykładem jest Tatarstan, czyli gęsto zaludniony rosyjski region nad Wołgą. W ubiegłym roku 55 proc. dzieci w wieku szkolnym w jego stolicy, Kazaniu, wybrało język tatarski jako swój ojczysty. Czy to miejsce, podbite przez Iwana Groźnego w 1552 roku, jest rzeczywiście częścią jądra Rosji w jakikolwiek bardziej znaczący sposób niż, powiedzmy, Kazachstan? Wielu miejscowych twierdziłoby inaczej.

Czy Tuwa, która dołączyła do Związku Radzieckiego dopiero w 1944 roku i doświadczyła separatystycznych zamieszek na początku lat 90., jest częścią historycznego rdzenia Rosji? A Dagestan, podbity na początku XIX wieku, gdzie mniej niż 4 proc. uczniów uczęszcza na zajęcia z języka rosyjskiego jako ojczystego? Czy wszystkie te miejsca nie byłyby dziś niepodległymi państwami, gdyby komunistyczni założyciele Związku Radzieckiego ustanowili je jako „republiki związkowe”, a nie „autonomiczne republiki”?

Wszystkie te pytania są pożywką dla polityków z krajów będących geopolitycznymi rywalami Rosji. Podsycanie nacjonalistycznych nastrojów (lub antykolonialnych, jak to można inaczej określić) w Rosji osłabionej nieudaną wojną miałoby sens na kilku poziomach — więcej sensu niż w latach 90. XX wieku. Agresywny, irracjonalny przywódca wspinający się na szczyty władzy w Moskwie nie jest już teoretycznym niebezpieczeństwem; jak na dłoni widać, jak może się to powtórzyć. Najlepszą formą zabezpieczenia się przed taką możliwością jest pokonanie Putina ̶ zarówno militarnie, jak i ideologicznie. Ten sam rodzaj historycznych argumentów, których Putin używa do uzasadnienia imperialnych ambicji Rosji, można wykorzystać jako ideologiczną broń i skierować przeciwko niemu. Dotychczasowa kampania na Ukrainie pokazuje jednocześnie, że rosyjska armia ma trudności z zaopatrzaniem swoich żołnierzy i skuteczną walką na ogromnym obszarze Ukrainy. Co zrobiłby Putin z wielokrotnymi secesjonistycznymi rebeliami w kraju tak ogromnym jak Rosja?

Można argumentować, że rozpad Rosji tak naprawdę nie pozbawiłby jej zdolności do podniesienia się po ciężkich porażkach i poważnych stratach terytorialnych oraz odwetu i stania się ponownie zagrożeniem dla jej rywali. Uczyniła to po rewolucji bolszewickiej i druzgocącym traktacie brzesko-litewskim z państwami centralnymi. Zrobiła to ponownie po upadku sowieckiego projektu. Rosja niekoniecznie na długo pozostanie w stanie rozczłonkowania; ekstremalne nacjonalistyczne i populistyczne siły mogą nawet w wyniku takiego upokorzenia zyskać na sile. Odziedziczyłyby też po Rosji arsenał nuklearny, który nie zniknie tak po prostu, nawet jeśli kraj rozpadnie się. Osoby, które rozważają „dekolonizację” Rosji, niekoniecznie myślą o wiekach naprzód. Kilka dekad może wystarczyć, by zintegrować sąsiadów Rosji ze światem zachodnim i zbudować silniejszą obronę przed jej dalszym imperialistycznym odrodzeniem.

Jako Rosjanin nieswojo czuję się po tych wszystkich rozmowach o rozpadzie; tak jakby Rosja była półprzytomnym pacjentem chorym na raka leżącym na stole operacyjnym, który musi przejść wielokrotne amputacje, by powstrzymać dalsze przerzuty nowotworu. Nienawidzę idei, według której jedynym sposobem na zażegnanie rosyjskiego zagrożenia dla sąsiednich krajów jest rozpad Rosji – i mam nadzieję, że to nie mój wewnętrzny imperialista buntuje się na tę myśl. Ogrom i różnorodność są podstawą naszej dzisiejszej narodowości. „Dający się kontrolować rozmiar” to nie podstawa naszej definicji .

Decentralizacja dobra dla większości Rosjan

Na poziomie intelektualnym rozumiem jednak, że wielu Rosjanom dobrze zrobiłby rozpad. Recentralizacja wykrwawiła rosyjskie peryferia w wyniku umacniania przez Putina „pionowego systemu władzy” po okresie, w którym jego poprzednik Borys Jelcyn zaproponował rosyjskim republikom „tak dużo suwerenności, ile tylko mogą przełknąć”. Tylko 23 z 85 podmiotów federalnych Rosji nie jest w tym roku finansowanych z centralnego budżetu ̶ większość z nich zamieszkuje głównie etnicznie rosyjska ludność (wyjątek stanowi Tatarstan). Stwarza to wrażenie, że większość Rosjan, zwłaszcza o odmiennej tożsamości narodowej, byłaby bezradna w oderwaniu od centrum. Tak właśnie działa system Putina, wysysając pieniądze z peryferii, a następnie „hojnie” redystrybuując ich część z powrotem.

Wiktor Susłow, czołowy ekonomista Rosyjskiej Akademii Nauk, stworzył zbiór prac pokazujących, jak to działa. W artykule z 2018 roku wraz ze współpracownikami argumentowali, że Centralny Region Federalny Rosji, w tym Moskwa, działa jak czarna dziura, która pochłania z innych regionów około 35 proc. więcej zasobów, niż oddaje. Syberia, Ural, Daleki Wschód i Północny Zachód (w tym Sankt Petersburg) wkładają od 10 do 13 proc. więcej niż otrzymują. Nic dziwnego, że Susłow pracuje w Nowosybirsku, czyli centrum jednego z regionów, z którego życiodajną krew wysysa wielka moskiewska pompa.

Nie jest pewne, czy można osiągnąć bardziej sprawiedliwą redystrybucję zasobów i zakończyć masową migrację ludzi za pieniędzmi do Moskwy bez radykalnej decentralizacji, a może nawet całkowitego rozpadu. Niektóre części składowe Rosji mogą nawet skończyć z bardziej rozsądnymi systemami politycznymi niż quasi-monarchia, do której Moskwa wciąż powraca. Wielu z nich to się jednak nie uda, co pokazały lata 90., kiedy regionalni przywódcy stali się znacznie bardziej autorytarni niż nieobliczalny człowiek na Kremlu. Na Uralu, Syberii i na Dalekim Wschodzie wciąż żyje niesforny duch pionierów i byłych skazańców. Flaga „Stany Zjednoczone Syberii” omskiego artysty Damira Muratowa (białe płatki śniegu na tle niebieskich, zielonych i białych pasów) to coś więcej niż parodia Jaspera Johnsa: można sobie wyobrazić kraj, który by nią latał.

Nadal mam słabą nadzieję, że w obecnych granicach Rosji możliwe są demokracja, zdławienie agresywnego imperializmu, zobowiązanie do równomiernego rozwoju terytoriów kraju i prawdziwa równość wszystkich grup etnicznych. Ta nadzieja może jednak być jedynie atawizmem. Rosja nie radzi sobie dobrze ze swoim rozmiarem. Być może nigdy się tego nie nauczy.