Kryzys rozpoczęły wpisy chińskiego ambasadora, który odradzał francuskim senatorom udanie się z planowaną na lato wizytą na Tajwan, a szanowanego we Francji politologa nazwał „łobuzem” i „trollem ideologicznym”.

Ambasador nie stawił się w poniedziałek na wezwanie francuskiego MSZ, a gdy zdecydował się tam pójść we wtorek to, jak uprzedził na Twitterze, po to, by podjąć wobec strony francuskiej kroki w sprawie sankcji (ustalonych przez UE z powodu prześladowań Ujgurów) i w kwestiach związanych z Tajwanem. Przyjmujący go dyrektor odmówił poruszania tych tematów.

Reklama

Sekretarz stanu ds. Europy powiedział w wywiadzie radiowym, że Chiny nie mogą sobie wycierać butów ani o Francję, ani o Europę. Komentatorzy zwracają jednak uwagę, że Pekin „czuje, że wygrywa” i że jak to sformułował politolog Dominique Moisi, „Chińczycy wiedzą, że my ich bardziej potrzebujemy niż oni nas”.

Komentator radia „France Info” Christian Chesnot nazywa chińskiego ambasadora „szefem stada walczących wilków - nowego pokolenia chińskich dyplomatów, którzy prowadzą wojnę przeciw każdemu, kto krytykuje politykę Pekinu”. I zauważa, że „dawno minęły czasy, w których chińska dyplomacja starała się nie wychylać, zgodnie z zaleceniem Den Xiaopinga: ukrywać swe talenty, czekając aż wybije godzina”.

Pekiński korespondent dziennika „le Monde” Frederic Lemaitre odnotowuje, że w odpowiedzi na kryzys koronawirusa, Pekin wzmocnił konkurencyjność swych przedsiębiorstw, co pozwoliło mu uzyskać kolosalne nadwyżki handlowe i dokonać ogromnych inwestycji w przyszłościowe dziedziny przemysłu. W tym widzi przyczyny pewności siebie Pekinu. „Słusznie czy niesłusznie Chińczycy przekonani są, że wygrali tę partię. Być może tu się kryje ich zasadnicza słabość” – komentuje.

Dziennik Le Figaro poświęca sytuacji aż dwa komentarze. Autor pierwszego Sébastien Falletti, zauważa, podobnie jak inni dziennikarze, że „Pekin już nie liczy się ze słowami. Od Paryża przez Anchorage (gdzie w zeszłym tygodniu spotkali się szefowie dyplomacji USA i Chin), komunistyczne Chiny zadają ciosy Ameryce i Francji”.

Zdaniem komentatora spotkanie na Alasce, po którym, przed kamerami, chiński minister SZ Yang Jiechi, wezwał Amerykę by przestała narzucać światu swą demokrację, „otwiera nową erę bezwzględnej rywalizacji i przekreśla historyczny uścisk dłoni między prezydentem Nixonem a Mao Zedongiem”, który w roku 1972 otworzył nową kartę stosunków amerykańsko-chińskich.

Celem umyślnych ataków Pekinu jest, wg dziennikarza, „porządek międzynarodowy zbudowany na wartościach zachodnich”.

W tym samym numerze „Le Figaro” Patrick Saint-Paul podkreśla, że Europejczycy po raz pierwszy od masakry na placu Tiananmen, zdecydowali się na użycie sankcji wobec Chin. (z powodu represji wobec Ujgurów).

Francja, podobnie jak inne kraje europejskie, długo na drugi plan przerzucała kwestie praw człowieka, gdyż ważniejsze dla niej były stosunki handlowe. Obecnie UE musiała uznać, że Chiny są jej systemowym rywalem – pisze komentator i konkluduje: „podziały między Europejczykami i brak spójnej wizji postępowania z Chinami, zrujnowały ich dążenia do autonomii strategicznej i wygląda na to, że od teraz skazani są na trzymanie się Stanów Zjednoczonych.

Polemista Eric Zammour powiedział w telewizji „C-News”, że „Chińczycy już nie udają, że są grzeczni. Ich potęga przemysłowa rozwija się w potęgę militarną. Przypomina to sytuację z końca XIX w., kiedy nastąpił błyskawiczny rozwój przemysłu niemieckiego, który zagroził potędze Anglii. A produkty niemieckie stały się lepsze i tańsze od angielskich”.

Kontynuując porównanie, przypomniał, że Niemcy zbudowali potężną armię i potężną flotę wojenną. Doprowadziło to do I wojny światowej. „Podobnie dzieje się dziś między Chinami a Ameryką” - uznał. (PAP)