W tydzień po wyborach parlamentarnych (ściślej: po wyborach do izby niższej parlamentu, bo wybory senackie odbywają się cząstkowo i w innym terminie) Praga w zasadzie nie nosi śladów kampanii. Reklamę wyborczą sporadycznie jeszcze widać na niewielkich citylightach w metrze i przystankach komunikacji miejskiej – przywódca skrajnie prawicowej SPD (Svoboda a Přímá Demokrace – Wolność i Demokracja Bezpośrednia) Tomio Okamura grzmi z plakatu: „Koniec z dyktatem EU!”, ale żartowniś umieścił mu naklejkę w kształcie hitlerowskiego wąsika; były szef agencji ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej Robert Šlachta miną surowego szeryfa reklamuje partię Przysięga (Přísaha); zaś trójka pogodnych liderów konserwatywno-liberalnej koalicji Razem (Spolu) obiecuje wiarygodną zmianę w polityce.
Miasto wydaje się już pochłonięte innymi sprawami – z jednej strony, podobnie jak Warszawa, poddaje się budowlanej gorączce, wszędzie poza centrum widać dźwigi i rusztowania, na ogromnych billboardach deweloperzy wyświetlają klasie średniej jej własne marzenia o prestiżowej stabilizacji. Z drugiej: w czasach epidemii Pragę przestali masowo odwiedzać turyści – mimo dobrej pogody nie ma tłumów na moście Karola i Rynku Staromiejskim. Jest to odpływ na tyle znaczący, że dyskutuje się o nim w prasie, wyliczając bolesne straty hotelarzy i restauratorów. I wreszcie: gwałtownie rosną inflacja oraz ceny energii – przed punktami obsługi największych firm energetycznych ustawiają się kolejki interesantów chcących podpisać nowe umowy na względnie korzystnych warunkach. Na dodatek spółka Bohemia Energy – największy alternatywny dostawca energii (900 tys. klientów) – przed paroma dniami nagle ogłosiła koniec działalności, nie mogąc wywiązać się z kontraktów (do ostatniej chwili oferowano konsumentom ceny niższe od konkurencji). Jakby tego było mało, na horyzoncie majaczy wizja kolejnego lockdownu: choć zaszczepionych dwiema dawkami szczepionki jest 85 proc. mieszkańców Pragi, w pozostałych częściach Czech wygląda to dużo gorzej (w zależności od województwa od 45 proc. do 57 proc.), przyrasta w związku z tym liczba zakażonych i zmarłych na COVID-19.
Reklama