A wydarzyło się tyle, że premier Mateo Renzi przegrał rozpisane przez siebie referendum. I natychmiast nastał nastrój żałoby. Że to cios dla Europy, że to kolejny sukces populistycznej prawicy, że Włosi powoli szykują się do wyjścia z Unii. A ponieważ większość normalnych konsumentów mediów raczej nie śledzi na co dzień życia politycznego Italii, ta czarno-biała wizja świata została przez wielu ochoczo podchwycona.

A co się wydarzyło tak naprawdę? Zacznijmy od tego, że referendum przegrał polityk, który domagał się w nim zgody narodu na okrojenie demokracji. A konkretnie zmianę konstytucji z 1948 r., która była próbą odreagowania faszystowskiej autokracji Mussoliniego – i miała bardzo egalitarny oraz zdecydowanie prodemokratyczny kształt. Z tego właśnie powodu była ona regularnie krytykowana przez polityków dążących do ustanowienia w Italii silnej władzy wykonawczej. Więc próbowali konstytucję zmienić. Czy to przez wzmocnienie funkcji premiera (tak próbował zrobić w 2006 r. Silvio Berlusconi), czy też (jak teraz Renzi) poprzez osłabienie roli Senatu oraz zmianę ordynacji wyborczej, która faworyzuje duże partie. Więc choć obaj panowie pochodzą z różnych ugrupowań partii (Berlusconi stał na czele rządu prawicy, Renzi to polityk centrolewicowy) i mają zupełnie inny polityczny wizerunek, to w sumie ich cel był podobny.

Ale to nie koniec. Włoska filozofka polityki z nowojorskiej New School Cinzia Aruzzi zwraca również uwagę na styl. I na tym polu Renziemu również bardzo blisko do Berlusconiego. Obaj politycy zdecydowali się zrobić swoje rewolucje konstytucyjne bez wykuwania politycznego kompromisu. We włoskim systemie jest tak, że jeśli nowela konstytucyjna nie uzyska w parlamencie wymaganej większości, to ostateczny głos należy do narodu. Zarówno Renzi, jak i wcześniej „boski Silvio” (sic!) parli więc właśnie do referendum. Licząc, że zmiany przepchną, rzucając na szale swoją osobistą popularność. Co niemal zawsze oznacza zepchnięcie aspektu merytorycznego na plan drugi.

>>>Czytaj też: To oni mogą wysadzić strefę euro. Wszystko, co trzeba wiedzieć o Ruchu Pięciu Gwiazd

Jednocześnie Renzi chciał poprzez referendum wzmocnić własny mandat do głębokich zmian modelu ekonomicznego Włoch. Głównie zalegitymizować kontrowersyjną reformę rynku pracy, która znosiła art. 18 tamtejszego kodeksu pracy, który zabraniał zwalniania pracownika bez podania przyczyny. Do tego dochodzi reforma szkolnictwa, znacząco obniżająca prawa socjalne i warunki pracy nauczycieli. Jeżeli do tego dodać fakt, że Renzi w pewnym sensie kontynuował politykę ekonomiczną technokraty Mario Montiego (za jego czasów wpisano do włoskiej konstytucji hamulec zadłużeniowy, uniemożliwiając rządom prowadzenie nawet wyważonej kontrcyklicznej polityki keynesowskiej), to dostajemy obraz Renziego jako neoliberała pełną gębą. Polityka, który chce gasić pożar (spowolnienie gospodarcze i brak społecznej spójności) benzyną.

Jeśli tak popatrzymy na sprawę, to odrzucenie projektu Renziego nie jest żadnym zwycięstwem skrajnej prawicy. Przeciwnie. Renzi – choć reprezentuje centrolewicową Partię Demokratyczną – przegrał, bo sprzeniewierzył się zasadom, których miał bronić. Odrzucili go „swoi” wyborcy. Do których – owszem – oportunistycznie podłączyła się prawica (Berlusconi, Liga Północna) oraz populiści w stylu komika Beppe Grillo. Trzeba sobie jednak zadać pytanie, co by było, gdyby Renzi wygrał. Neoliberalną polityką problemów by pewnie nie uleczył. Nastroje sprzeciwu by więc pozostały. System polityczny zmieniłby się za to na bardziej autorytarny (kanclerski). Dając niebezpieczne narzędzia do ręki tym, którzy przyjdą po Renzim.

Nie pisałbym o tym pewnie, gdyby nie to, że po raz kolejny dzieje się na Zachodzie to samo. Rozwiązania antydemokratyczne oraz niespójne ekonomicznie są nam odmalowywane jako „ostatnia nadzieja postępowej Europy”. Czasem udaje się je odrzucić (jak we Włoszech). Czasem wchodzą w życie (jak CETA). A potem będą narzekania i zdziwienie, że prawicowy populizm nadal rośnie w siłę. Wróćcie proszę na ziemię. Zanim zbyt wiele tym szaleństwem zniszczymy. ⒸⓅ

>>> Czytaj też: Włochy skoczyły w polityczną przepaść. Europa drży, a populiści idą po władzę