"Upadek Aleppo jest punktem zwrotnym w trwającej od dawna syryjskiej wojnie domowej, momentem, kiedy prezydent Syrii Baszar el-Asad oraz jego rosyjscy i irańscy patroni w decydujący sposób uzyskali przewagę. To taki moment, kiedy europejskie i amerykańskie ambicje w tym kraju powinny być widziane takimi, jakimi są: jako studium przypadku mętnego myślenia" - uważa brytyjski dziennik.

"FT" twierdzi, że zarówno Waszyngton, jak i europejskie stolice "zbierają plony tego, co zasiali we wczesnych fazach konfliktu syryjskiego, gdy ani nie wykazali siły woli, ani środków, by zainterweniować skutecznie".

"Stany Zjednoczone i Wielka Brytania uczyniły z odejścia Asada główną kwestię negocjacji, ale nie udało im się wystarczająco wesprzeć sił sprzymierzonych przeciwko niemu, aby groźba (dla Asada) była rzeczywista" - ocenia gazeta. I wskazuje, że prezydent USA Barack Obama nakreślił tzw. czerwone linie w sprawie użycia broni chemicznej w Syrii, ale nie udało mu się nadzorować ich przestrzegania. "Jeszcze na długo przed zniszczeniem Aleppo, Obama zasygnalizował, że prawo zewnętrznych graczy do ochrony cywilów przed okrucieństwami jest pustą obietnicą" - podkreśla "FT".

Kiedy we wtorek kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji Francois Hollande "wzywali do podjęcia działań w obliczu - jak to ujęli - +rozdzierającej serce+ katastrofy humanitarnej rozwijającej się u bram Europy, jedynie uwidocznili swą niemoc" - czytamy w komentarzu "FT". Dziennik podkreśla, że stojąc przez ostatni rok z boku, kiedy Moskwa interweniowała, "aby ocalić tyrański reżim Asada, Zachód zrzekł się wpływu na późniejsze wydarzenia".

Gazeta zwraca również uwagę, że ani USA, ani żaden europejski kraj "nie odgrywali roli w negocjowaniu (ostatniego) rozejmu (w Aleppo), w którym dziesiątkom tysięcy cywilów obiecano, że do ewakuacji dojdzie w środę". "Nic też, prócz załamania rąk, nie mogli zrobić" zachodni politycy, kiedy syryjskie siły rządowe wznowiły ostrzał, zanim ewakuacja w ogóle się zaczęła - dodaje.

Według "FT" nie jest to jednak "ani triumf, który Asad ogłosił, ani początek końca wojny". "Jego siły być może gaszą ostatnie ogniska oporu w Aleppo, a więc konsolidują swą kontrolę nad wszystkimi czterema największymi miastami w Syrii. Ale jest to pyrrusowe zwycięstwo zbudowane na zbrodniach wojennych" - podkreśla londyńska gazeta.

"Nie mogąc wyprzeć rebeliantów na ziemi, rosyjskie i syryjskie samoloty zrzucały na nich bomby, unicestwiając nie tylko uzbrojonych bojowników, ale również ich cywilne środowisko" - pisze dziennik i przytacza słowa Tacyta: "Zmieniają kraj w pustynię i mówią, że przynieśli pokój".

"FT" zwraca jednak uwagę, że obecnie reżim w Damaszku jest nawet bardziej zależny od zagranicznej pomocy - z Rosji i Iranu. I podkreśla, że w następstwie zniszczenia wschodniego Aleppo "perspektywa odbudowania państwa zdolnego do samodzielnego przetrwania nie może być bardziej odległa".

W tym kontekście gazeta przypomina, że prezydent elekt Donald Trump "chce resetu w stosunkach z Moskwą, która wywalczyła sobie powrót (...) na Bliski Wschód za sprawą interwencji w Syrii". "Jednak głównym sojusznikiem Rosji w tej walce i krajem, który zyskał najwięcej na upadku Aleppo, jest Iran, będący na +liście przebojów+ Trumpa. Zanim jednak Waszyngton będzie mógł zbudować spójną politykę wobec Syrii, będzie musiał rozwiązać ten problem" - konkluduje "FT".

>>> Czytaj też: Cena za gruzy Aleppo. Rosja rozdaje karty