Czarny łabędź to ptak rzadki. Jego pojawienie się zwiastuje wielkie zmiany, które trudno wcześniej było przewidzieć. Mianem czarnego łabędzia Nassim Nicholas Taleb (w książce „Czarny łabędź”) określa wydarzenia, które oczywiste wydają się post factum. Na pewno skala dwóch wyborczych zwycięstw PiS w 2015 r. pasuje do definicji Taleba.

O ile rok wcześniej można było sobie wyobrazić wygraną partii Jarosława Kaczyńskiego w wyborach parlamentarnych, to w zwycięstwo Andrzeja Dudy nad Bronisławem Komorowskim mogli wierzyć tylko najwięksi optymiści. A już to, że PiS będzie jedynym wygranym parlamentarnego głosowania, było nie do przewidzenia.

Nie do przewidzenia były także zmiany, które zachodzą w polityce pod rządami PiS. A które stawiają na głowie niemal wszystko, co w naszej polityce po 1989 r. wydawało się oczywistością.

Monowładza

Wyborczy wynik PiS – 37,58 proc. – nie był zły, ale rewelacją też nie był. Od uchwalenia konstytucji w 1997 r. wyższe poparcie zyskały tylko PO (2007 i 2011 r.) oraz SLD (2001 r.). Partia poprawiła swoje poprzednie osiągnięcie z 2005 r. i wynik AWS z 1997 r. Jednak w polityce liczą się nie same procenty poparcia, ale efekt, jaki dają. Więc PiS zdołał przejąć pełnię władzy. Dla partii Kaczyńskiego był to tym większy sukces, że poprzedziła go zaskakująca wygrana Dudy w wyborach prezydenckich.

– Tak wielkie skupienie władzy w jednym ręku w wielu systemach partyjnych jest czymś naturalnym. My doświadczamy tego po raz pierwszy, choć przecież de iure rządzi nami koalicja – zauważa politolog prof. Rafał Chwedoruk. – Za niezależne byty nie można uznać ugrupowań Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina. Solidarna Polska i Polska Razem są w zasadzie już skonsumowanymi przystawkami – dodaje politolog prof. Antoni Dudek. Pozycja PiS jest tak mocna, że Kaczyński ma pewność, iż utrzyma władzę do końca kadencji. – Do tego dochodzi osobowość prezesa, podporządkowanie mu ugrupowania i wiara w jego geniusz – uzupełnia prof. Rafał Matyja. To dlatego, gdy szef partii dał zielone światło wicepremierowi Mateuszowi Morawieckiemu do zdymisjonowania prezesa PZU, związanego ze Zbigniewem Ziobrą, ten ostatni nie wykonał żadnego nerwowego ruchu. – W ten sposób Jarosław ograniczył jego wpływy, a Mateusz upodmiotowił się politycznie – mówi mi jeden z polityków PiS. Ale, by upodmiotowienie nie poszło za daleko, Morawiecki nie dostał od prezesa pełnej władzy w spółce.

Jednak sprawowanie rządów w tak komfortowych warunkach może się zakończyć w 2019 r. – o ile PiS nie podbije sobie popularności. Na razie sondaże dają partii powyżej 30 proc. głosów, a do ponownego zdobycia większości potrzebowałaby jeszcze ok. 10 proc. To może być trudne, bo po czterech latach rządów spora część z nas będzie pewnie PiS zmęczona. Nieumiejętność przyciągnięcia na dłużej ludzi spoza żelaznego elektoratu, co udało się w 2015 r., może oznaczać konieczność szukania koalicjanta. Lub wręcz pożegnania się z władzą.

Naczelnik, czyli Pan Krzysztof

PiS dzierży pełnię władzy w kraju, a jej emanacją jest Jarosław Kaczyński. – Ale to nie oznacza dyktatury, to wymysł propagandowy – podkreśla Dudek. Żaden z innych partyjnych liderów nie zbliżył się do takiego zakresu władzy, jaką ma obecnie prezes PiS. Aleksander Kwaśniewski, Marian Krzaklewski, Leszek Miller czy Donald Tusk musieli się nią dzielić. Całkowicie samodzielny nie był nawet sam Jarosław Kaczyński w latach 2005–2007. Teraz cała władza należy do niego – wypracowany model jest wręcz unikatowy. Widać to nawet w nieoficjalnej nomenklaturze. Kiedy Miller był szefem rządu, zyskał miano Kanclerza, na Tuska mówiono Kierownik. Kaczyński nazywany jest Naczelnikiem lub Panem Krzysztofem. Pochodzenie pierwszego przydomku jest oczywiste, drugiego – nie tak bardzo, jeśli nie jest się miłośnikiem rodzimego kina. To nawiązanie do komedii „Poranek kojota” – bohater filmu, Krzysztof Jarzyna ze Szczecina, jest nazywany szefem wszystkich szefów. Oba przydomki sugerują duże i – co ważne – nieoficjalne wpływy prezesa. W razie sporów między ministrami to on staje się rozjemcą, kosztem ubezwłasnowolnienia prezydenta oraz premier. – Obserwujemy bardzo silne osłabienie tych ośrodków władzy. Oczywiście w trakcie trwania koalicji AWS-UW czy SLD-PSL też bardzo często decyzje zapadały nie podczas obrad gabinetu, ale podczas narad koalicji, to jednak nie pamiętam szefa rządu tak dalece dyspozycyjnego wobec szefa partii jak Beata Szydło – mówi Rafał Matyja.

>>> Czytaj też: Tusk jest dobrym kandydatem. Tylko czy reprezentuje Polskę? [SONDAŻ]

Ta zależność to powielenie układu z czasów, gdy PiS był w opozycji: wówczas strategiczne decyzje należały do Kaczyńskiego, a Szydło była odpowiedzialna za ich wykonanie. – W szefowej rządu nie ma chęci do wywalczenia sobie silnej pozycji, nikt też jej w tym nie chce pomóc. Na przykład na Jerzego Buzka grała część osób w rządzie AWS-UW, tak że w końcu przejął przywództwo od Mariana Krzaklewskiego – dodaje dr hab. Jarosław Flis.

Jeszcze bardziej uderzające jest osłabienie prezydenta. Głowa państwa, gdy rządzi formacja, do której należy, zawsze jest w trudnej sytuacji, bo siłą rzeczy znajduje się w cieniu gabinetu. Ale cień rzucany przez Kaczyńskiego jest naprawdę potężny. – Żaden z dotychczasowych lokatorów Pałacu Prezydenckiego nie był tak zagrożony z perspektywy bieżących sondaży. Wiadomo, kto może być jego rywalem, że to zawodnik wagi ciężkiej, i już obecnie sondaże pokazują, że Duda przegrywa – zauważa Jarosław Flis, odnosząc się do badania, które w marcu opublikował serwis OKOpress.pl. Wynikało z niego, że drugą turę wyborów prezydenckich wygrałby minimalnie Donald Tusk (gdyby wrócił do krajowej polityki).

Rafał Chwedoruk zauważa, że obecny model władzy jest efektywny. – Kaczyński jest recenzentem poczynań całości, Szydło kieruje rządem realizującym obietnice wyborcze, a klub parlamentarny wziął na siebie ciężar walki politycznej – podkreśla.

Rewolucja personalna

Nie tylko olbrzymi zakres władzy jest znakiem firmowym PiS. To także sposób korzystania z niej. Choć ugrupowanie deklaruje, że najważniejsze są dla niego zmiany instytucjonalne, to jednak priorytetem są przetasowania personalne. Nie jest w tym, oczywiście, żadnym wyjątkiem, bo dzielenie łupów dla każdej partii jest najsłodszą chwilą rządzenia. AWS wygrał wybory w 1997 r., bo byliśmy już zmęczeni układami i klikami ludzi związanych z rządem SLD-PSL. W oczyszczeniu sytuacji nie pomogła nawet akcja „czyste ręce” zainicjowana przez Włodzimierza Cimoszewicza, ówczesnego ministra sprawiedliwości, a późniejszego premiera. Cztery lata później rząd Jerzego Buzka odchodził w niesławie, także oskarżany o hołdowanie nepotyzmowi. W 2001 r. SLD błyskawicznie rozprawiło się z pozostałościami po AWS i UW, a symbolem ówczesnej rewolucji personalnej stali sie baronowie lewicy, działacze tej partii, którzy rozdawali karty (i posady) w terenie. – PiS kontynuuje to, co wyczyniali ich poprzednicy. Przy czym przekroczył granice przyzwoitości: próbuje naprawić państwo nie przez zmianę wadliwych mechanizmów działania instytucji, ale przez wymianę kadr – mówi Matyja.

PiS wymienia ludzi wszędzie. Wynika to z oceny III RP przez to ugrupowanie. Partia Kaczyńskiego nie kwestionuje tylko rządów poprzedników, lecz całe ćwierćwiecze od początku transformacji. Skoro III RP była złem, to ludzie, którzy ją współtworzyli od zarania, są za to zło współodpowiedzialni – i należy ich wszystkich odsunąć od władzy. Dlatego wszelkim decyzjom personalnym przyświeca zasada: najpierw nasi. Jasno dał temu wyraz Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego”, kwestionując zasadność rozpisywania konkursów na członków władz państwowych spółek. „W latach 2005–2007 wprowadziliśmy bardzo zobiektywizowane konkursy, w których decydowały czysto merytoryczne kategorie. Skończyło się to fatalnie. Wprowadziliśmy do spółek całą rzeszę ludzi, którzy mieli co najmniej doktorat z ekonomii albo prawa związanego z gospodarką, i natychmiast byli oni pochłaniani przez patologiczny system funkcjonujący w tych spółkach. (...) Teraz odwołaliśmy się do innego mechanizmu, bo tamten zawiódł. Mianujemy ludzi z bliskich nam środowisk, którzy realizują nasz program” – powiedział.

Stąd liczne awanse osób bez przygotowania i doświadczenia do rad nadzorczych. To m.in. przypadek Bartłomieja Misiewicza, choć to przykład o tyle zły, że pierwotnie został delegowany do rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej przez ministra obrony jako jego przedstawiciel. Jego przypadek nie jest też wyjątkowy – mało kto pamięta, że gdy UW rządziła wraz z AWS, to Ryszard Petru, wówczas współpracownik Leszka Balcerowicza, jako równie młody chłopak został delegowany do rady nadzorczej PKO BP.

O wiele mocniejszym postawieniem na lojalnych swoich jest kariera byłego wójta Pcimia Daniela Obajtka, który najpierw został szefem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, po czym przerzucono go na stanowisko prezesa Energi, jednej z największych krajowych spółek energetycznych. Brak przygotowania do zarządzania wielką spółką nie oznacza, że pod wodzą Obajtka Energę czeka kolaps. Ba, może się nawet okazać dobrym prezesem samoukiem. Jednak taka metoda dobierania ludzi znacząco zwiększa ryzyko wpadki. Choć w praktyce to realizacja jednego z ulubionych powiedzeń Jarosława Kaczyńskiego, który za Stalinem powtarza: „Drugich pisatieliej u mienia niet” (Innych pisarzy nie mam). Co w praktyce przekłada się na zasadę znaną wszystkim kadrowym: musimy zarządzać tymi, których mamy.

– Tego typu czystki zachodzą także w innych systemach politycznych, choćby w USA. My cały czas jesteśmy tym oburzeni, bo wmówiono nam, że istnieje zasób bezpartyjnych fachowców, który może sprawować rządy w sposób absolutnie racjonalny. Wciąż nie potrafimy pojąć, że demokracja to gra interesów – ocenia Rafał Chwedoruk. Jednak kiedy „swoich” nie starcza, to wtedy PiS realizuje drugie przykazanie własnej polityki personalnej: na stanowiska nominuje ludzi nowych, najlepiej młodych. By działali w poczuciu, że karierę zawdzięczają wyłącznie partii Kaczyńskiego.

– Zmian systemowych w państwie nie widzę, a jeśli robi się coś systemowego, to tylko po to, by przejąć instytucję. Najbardziej groteskowa sytuacja dotyczy Muzeum II Wojny Światowej – podsumowuje Rafał Matyja. Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński, by wymienić kierownictwo tej placówki, posłużył się formalnym wybiegiem, łącząc tę instytucję z Muzeum Westerplatte. Podobna strategia została zastosowana w rocznej wojnie o Trybunał Konstytucyjny. Najpierw PiS krytykował skok PO na trybunał z 2015 r. i zapowiadał zmianę zasad działania tej instytucji. Dlatego forsował swoich nominatów na miejsce sędziów wybranych przez poprzedni parlament i proponował wprowadzenie zasady rozpatrywania spraw zgodnie z kolejnością ich wpłynięcia do TK oraz podejmowania decyzji większością kwalifikowaną. Gdy tylko przejął trybunał, pomysły na zmiany instytucjonalne wyrzucono do kosza. – Sędziowie, choć są niezależni, to mają swoje sympatie, i wygląda na to, że będą przychylni rządowi. Ale po owocach ich poznacie. Zapewne większość reform PiS zostanie przez opozycję zaskarżona do TK i jeśli we wszystkich sprawach trybunał będzie orzekał zgodnie z wolą rządu, to stanie się jasne, iż jest elementem składowym większości parlamentarnej – mówi Antoni Dudek.

Zmiany kadrowe, które PiS już przeprowadził, na trwałe zmieniły charakter naszej polityki. Skala i zasięg personalnej rewolucji rodzi jednak żądzę odwetu u politycznych przeciwników. Po przejęciu władzy z pewnością zrobią to samo – tyle że szybciej.

>>> Czytaj też: Jednolity front lokalnych włodarzy pęka w szwach

Dyplomacja mało dyplomatyczna

Politolodzy pytani o rzucające się w oczy zmiany po objęciu władzy przez PiS wskazują też politykę zagraniczną. – Kurs radykalnie proniemiecki zastąpił kurs radykalnie antyniemiecki. Kaczyński powiedział, że na wszystkich polach, od polityki historycznej do energetycznej, Berlin jest nam przeciwny i prowadzi szkodliwą dla nas politykę, której musimy się przeciwstawić. Do tego dochodzi konflikt z Brukselą. Tym zmianom towarzyszą inne, które mają ją równoważyć, chociażby zbliżenie do USA, próba budowania regionalnego sojuszu zwanego koncepcją wyszehradzką czy ideą Międzymorza – podsumowuje Antoni Dudek.

Zmiana polega nie tylko na skorygowaniu kursu, lecz także stylu. Dyplomacja ma realizować interesy kraju na zewnątrz, łagodzić i wygładzać ewentualne kanty i zadziory politycznej linii. Teraz MSZ stało się jednym z frontowych graczy. – Na dodatek minister Witold Waszczykowski jest, delikatnie mówiąc, mało finezyjny. W bardzo nieudolny sposób rezonuje to, co każe Kaczyński. W efekcie jest to dyplomacja mało dyplomatyczna – uważa Dudek.

A stało się tak, bo polityka zagraniczna została w bardzo dużym stopniu podporządkowana grze wewnętrznej. Rywalizujące ze sobą ugrupowania potrafiły się nawet ze sobą dogadywać, by jak najszybciej zakończyć negocjacje akcesyjne z NATO i UE. – Nie mieliśmy jeszcze ekipy, która by szła na tak duże zwarcie z głównymi partnerami. Mogły być różne interesy, napięcia czy obawy, np. dotyczące prorosyjskiej polityki Niemiec, ale nie było otwartego konfliktu. Mam wrażenie, że w dużej mierze polityka zagraniczna jest robiona na potrzeby legitymizacji tej ekipy wewnątrz – podkreśla Rafał Matyja. Takie ustawienie polityki zagranicznej było widoczne przy próbie utrącenia kandydatury Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej. Mimo zaangażowania się w tę kwestię Jarosława Kaczyńskiego i jego rozmów z kanclerz Angelą Merkel i premierem Węgier Viktorem Orbanem Beata Szydło pojechała do Brukseli z przegraną z góry misją forsowania kandydatury Jacka Saryusz-Wolskiego.

Na dłuższą metę taka postawa oznacza spadek skuteczności dyplomacji, bo ona powinna być realizacją interesów państwa na zewnątrz i tam powinna być skoncentrowana jej uwaga, a nie na werbalnym uwiarygodnianiu się wobec politycznego centrum w kraju.

Zwrot gospodarczy

PiS postawił także na zmianę gospodarczego kursu. I odwraca kierunek, który był trzymany przez wszystkie rządy, łącznie z poprzednim gabinetem tej partii (2005–2007). Po latach mówienia o dawaniu wędki – jak czyniły to przede wszystkim Unia Wolności, Kongres Liberalno-Demokratyczny oraz SLD, a nawet zdominowana przez związkowców Akcja Wyborcza Solidarność, zdecydowano się dać rybę. – Ta partia położyła nacisk na kwestie społeczne. A przecież w całym okresie transformacji były one zawsze na marginesie. To dobry kierunek, a świadczy o tym choćby to, że podczas tegorocznego Światowego Forum Ekonomicznego w Davos wiele mówiono o potrzebie zmniejszania nierówności dochodowych – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Symbolem zwrotu stał się program „Rodzina 500 plus”, który kosztuje rocznie ponad 23 mld zł. To gest, który był nie do pomyślenia dla żadnego z poprzednich rządów. Dzięki niemu ten prospołeczny kierunek będzie wkrótce widać także w statystykach Eurostatu. W 2015 r. Polska osiągnęła historycznie najniższą relację wydatków publicznych w relacji do PKB – wyniosły 41,5 proc. PKB przy unijnej średniej powyżej 47 proc PKB. Dane za 2016 r. pokażą wzrost, który zapewne utrzyma się w kolejnych latach.

Choć ekonomista prof. Stanisław Gomułka uważa, że PiS i tak się ogranicza. – Zapowiadano pobudzenie popytu konsumpcyjnego, obniżenie podatków przez kwotę wolną, uderzenie w sektor bankowy, pomoc dla frankowiczów i szybki powrót do niższego wieku emerytalnego – zauważa. Ta ostrożność to efekt obaw o wpływ kumulacji zmian na finanse. A i tak PiS dostał jednorazowe zastrzyki gotówki: blisko 30 mld zł z aukcji LTE i dwukrotnej wypłaty zysku z NBP, co w znaczący sposób ułatwiło sfinansowanie 500+.

Program „Rodzina 500 plus” był nie tylko polityczną, lecz także gospodarczą osią polityki rządu na początku kadencji. Teraz tym gospodarczym silnikiem ma być Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Jednak prof. Gomułka zwraca uwagę na jej sprzeczność z dotychczasowymi działaniami. – Odpowiedzialność oznacza niedopuszczenie do niestabilności finansowej i utrzymanie deficytu finansów publicznych poniżej 3 proc. PKB, rozwój ma sygnalizować zamiar działań zwiększających oszczędności i inwestycje krajowe. Te zapowiedzi idą w odwrotnym kierunku niż realizacja obietnic wyborczych, które oznaczają wzrost konsumpcji. Czyli spadek oszczędności – zauważa. Ale mają to zmienić przedstawione wkrótce pomysły ministra na pracownicze ubezpieczenia emerytalne.

Jednak ten prospołeczny kurs może mieć niekorzystne reperkusje w przyszłości. – Obniżenie wieku emerytalnego w warunkach niskiej stopy urodzeń i kurczenia się liczby ludności nie ma uzasadnienia i może utrudnić konstruowanie budżetu. Dobrze o PiS świadczy to, że realizuje wyborcze zobowiązania, ale tego postulatu nie powinien realizować – zauważa prof. Mączyńska.

Jednak zmiana kursu polityki gospodarczej będzie trwała, bo PO deklaruje, że jest gotowe nawet rozbudować program 500+. Na dodatek Grzegorz Schetyna zadeklarował, że jego ugrupowanie może wprowadzić trzynastą emeryturę (odpowiednik trzynastej pensji w firmach).

Spełnianie wyborczego programu

PiS jest partią, która zaczęła wdrażać program. Poprzednicy, zazwyczaj tuż po sformowaniu rządu, na ogół zaczynali tłumaczyć, dlaczego nie mogą tego zrobić. PO szybko zrezygnowała z hasła 3 x 15 – czyli z obniżenia podatków, AWS – próbując zmierzyć się z kryzysem rosyjskim i azjatyckim – porzuciło marzenie o reformie finansów publicznych, z kolei SLD nie potrafiło okiełznać bezrobocia, choć zapowiedź walki z nim dała tej partii wyborcze zwycięstwo.

PiS zaczął do dwóch głównych punktów: 500+ oraz obniżki wieku emerytalnego. Także inne korekty – jak zmiany w prokuraturze czy w sądach – wynikają z programowych zapowiedzi. – Partia Kaczyńskiego dąży do restytucji polityki. Cechą globalizacji i polityki liberalnej było rugowanie państwa, a PiS już w programie z 2011 r. mówił o potrzebie przywrócenia wspólnoty politycznej. To pierwsza władza po 1989 r., która pokazuje, że polityk może coś obiecać i za pośrednictwem państwa wcielić to w życie – podkreśla Rafał Chwedoruk.

To, co odróżnia obecny obóz rządzący od poprzedników, to program radykalnej przebudowy. Większość poprzednich ekip decydowała się jedynie na korekty zastanego stanu rzeczy. – Obecny rząd nie koncentruje się na administrowaniu krajem, ale rozpoczął serię reform na wszelkich istotnych polach. Albo już zostały podjęte – jak w szkolnictwie, albo są w trakcie wdrażania – jak w wymiarze sprawiedliwości czy służbie zdrowia – mówi Antoni Dudek. Jeśli chodzi o poprzedników PiS, to rząd Jerzego Buzka także wprowadził duże zmiany instytucjonalne, ale skończyło się to jego polityczną katastrofą. Bo choć udało się wprowadzić cztery wielkie reformy – edukacji, emerytalną, zdrowotną i samorządową – AWS i UW przypłaciły to utratą władzy. Wniosek PiS z tego wydarzenia? Kontrola zmian i doprowadzenie do tego, by przeprowadzali je zaufani ludzie. To ma gwarantować, że scenariusz się nie powtórzy. Że władza nie zostanie utracona.

Ponieważ zmiana ma być radykalna, a jako przeciwnik została zdefiniowana III RP, to działaniom rządu towarzyszy wysoki poziom emocji – zarówno po stronie obozu władzy, jak i jego przeciwników. Dzielą one już nie tylko polityków, lecz dziennikarzy, sędziów, prokuratorów, nauczycieli, lekarzy oraz inne środowiska. Sytuacja przypomina najbardziej zapalne momenty po 1989 r., gdy toczyła się wywołana przez Lecha Wałęsę wojna na górze czy gdy doprowadzono do upadku rządu Jana Olszewskiego. – Takie nakręcenie emocji wyklucza dyskusję, bo zaczyna dominować pogląd, że druga strona jest szalona. Wcześniej w takich zachowaniach było dużo teatru, dziś te uczucia wydają się szczere – podkreśla Jarosław Flis. ⒸⓅ

>>> Czytaj też: Rząd dokręcił śrubę rynkowi kapitałowemu. Nawet bardziej, niż chciała UE