Pewnie anonimowo. Ja się nie boję mówić publicznie, bo tak to wygląda. Część osób z premedytacją wykorzystuje znajomości i trafia na SOR, choć doskonale wiedzą, że nie mają stanu zagrożenia życia, a często nawet zdrowia.
Nauczyłem znajomych, że nie pomagam.
To jest kwestia sumienia i etyki.
Nie wszyscy przechodzą przez SOR. Ale takich, którzy przechodzą, jest tygodniowo kilku. VIP to nie musi być przedstawiciel władzy, o przyjeździe którego dowiadujemy się kilka godzin wcześniej. Bo są różne poziomy tej ważności. Są osoby, które mają znajomości, i dowiadujemy się, że przyjedzie ktoś od ministra lub posła. Pamiętam panią, która przyszła z mężem na zdjęcie szwów. Tłumaczę, że od tego są poradnie, a nie SOR. I słyszę: – Czy wobec tego, że jestem sędzią Sądu Najwyższego, to już się w tym kraju nic nie da załatwić? Ja na to: – Niech się pani odwróci i powie tym ludziom, którzy tu czekają od wielu godzin, że jest pani sędzią SN i chce być pani traktowana lepiej niż oni. Skończyło się tak, że wyszedł jeden z lekarzy i poprosił ich do gabinetu. Nie było żadnej rejestracji w systemie szpitalnym. Każdy, kto może sobie pomóc, to sobie pomaga.
Jeśli jakiś minister przyjechałby na SOR i najpierw poczekałby godzinę albo dwie do badania kwalifikacyjnego, triage’u, zakwalifikował się do jednego z pięciu kodów priorytetowych ze względu na stan zagrożenia życia, a potem – w zależności, w której strefie by się znalazł – znów poczekał osiem godzin na wyniki badań, to na SOR-ach szybko by się coś zmieniło. Teraz jest tak, że minister, jego rodzina czy znajomi ani chwili nie czekają. Są VIP-ami.
SOR z punktu widzenia ministra wygląda tak: przyjeżdża do nas, prowadzony jest do gabinetu, badania przeprowadza się trybie priorytetowym. Jeśli jest potrzebne miejsce na oddziale, to się od razu znajduje. Najwyżej wywali się kogoś na korytarz. Minister dostanie posiłek, kierownik oddziału przyjdzie zapytać, jak się minister miewa, czy jest zadowolony z obsługi szpitalnej – to wiadomo, że będzie zadowolony. W dodatku głowa mu będzie spoczywała na wygodnej poduszce. Proszę tylko pamiętać, że u nas na SOR-ze poduszka jest tylko na jednym łóżku, w izolatce, która często jest też salą VIP. W którym miejscu ten minister ma zauważyć, że system działa źle? Przecież on się czuje jak w filmie. Potem telewizja pokazuje, że znany polityk został wspaniale zaopiekowany w naszym szpitalu. Ludzie to oglądają i przyjeżdżają właśnie do nas, bo też tak chcą. Myślą, że będą obsłużeni w tym samym standardzie. Nie będą. Będą tylko generować kolejkę i wielogodzinne czekanie.
Tak, media o tym informowały. Pytanie tylko, czy pacjent z jej obrażeniami powinien być transportowany do nas śmigłowcem.
Abstrahując od funkcji, wielu pacjentów transportowanych śmigłowcem nie wychodzi tydzień później ze szpitala, nie jest też zatrzymywanych na obserwację, tylko trafiają na intensywną terapię, chirurgię albo traumatologię, bo doświadczyli bardzo poważnego wypadku. Jeśli pani wezwie karetkę, to jak będzie miała pani szczęście przyjedzie za 10–20 minut, a w niej dwóch ratowników. Jeśli będzie pani chciała jechać do nas na Szaserów, to oni powiedzą, że nie mogą tam pani zawieźć. A VIP trafi do szpitala, który sobie wybierze. Myśli pani, że jak z Pałacu Prezydenckiego zadzwonią po karetkę, to ktoś w pałacu będzie czekał, aż ta karetka najpierw odwiezie pijaka do szpitala? Oczywiście, że nie, będzie u nich od razu.
Nie mówię o prezydencie, tylko o jego pracownikach. Tak są obsługiwani także ludzie z jego kancelarii. Kto ma więc zauważyć, że jest źle? Kto? Wyrosłem z przekonania, że jeśli zmieni się władza, to zmieni też coś w systemie, w którym pracuję. Ale każda władza, obecna, poprzednia, działa tak samo. Każdy, kto może wykorzystać pozycję, żeby sobie poradzić w systemie służby zdrowia, robi to. I nawet jestem w stanie to zrozumieć. Wiem, że dla rodziny pacjenta ten pacjent jest zawsze wyjątkowy, jedyny i najważniejszy.
Oczywiście, choć lata pracy pozwalają mi nabrać do tego dystansu. Mojej dziewczyny nie zawiozłem na SOR, tylko do lekarza pierwszego kontaktu. Choć to właśnie lekarz pierwszego kontaktu powiedział, że mamy jechać na SOR. Kiedy usłyszał, że pracuję na SOR-ze, zmienił zdanie.
Bo zrozumiał, że tak łatwo nie pozbędzie się pacjentki. Powiedział: – Dobrze, to zrobimy diagnostykę. Proszę sobie wyobrazić, że lekarz pierwszego kontaktu może jednak zlecić badania i mieć wynik w ciągu 24 godzin.
I koło się zamyka.
My jesteśmy po to, by ratować życie, a nie żeby się uśmiechać. Jeszcze inaczej: staramy się ratować życie. Mówię – staramy, bo wtedy jest mniej rozczarowań. To taka praca, że można wykonać wszystko dobrze, zgodnie z procedurami, a pacjent i tak umrze. I odwrotnie, można sp...ć wszystko, co się da, a pacjent jak się uprze, to będzie żył. To, o czym mówimy, to jest wszystko urąganie na system, a nie na znieczulicę czy brak empatii.
Kiedy widzę skierowanie do szpitala od lekarza z przychodni, na którym jest napisane „Podejrzenie o chorobę...”, to wiem, że system nie działa. Skoro lekarzowi nawet nie chce się sprawdzić, jaki kod ma podejrzewana choroba... Nie mogę mieć pretensji do pacjenta, że przychodzi z kretyńskim skierowaniem, bo przecież zgłosił się do lekarza z zawrotami głowy albo nudnościami. Tacy pacjenci i tak zadali sobie trud i najpierw poszli do lekarza rodzinnego. Zdarzają się też wybitne kwiatki – na skierowaniu jest podejrzenie udaru, a pacjent przychodzi piechotą z przychodni. I tłumaczy mi, że lekarz powiedział mu, że z takim skierowaniem na pewno nie odeślą go z SOR-u. Zapomina tylko, że jeśli takiego pacjenta po drodze potrąci samochód, to lekarz nie wykręci się z prokuratury.
My w środku nie możemy naprawić systemu, możemy coś wywalczyć w jego ramach. Większość ludzi już dawno machnęła ręką, już nie pisze próśb o zmianę zatrudnienia, nie pisze w raportach, że sprzęt nie funkcjonuje. Bo wie, że i tak nic nie wskóra.
Pulsoksymetr, czujnik, który nałożony na palec pokazuje wysycenie krwi tlenem i tętno, po zsunięciu z palca powinien przestać pokazywać wynik – a zdarza się, że dalej pokazuje. Jak w takich warunkach ratownik czy pielęgniarka mogą monitorować pacjenta? Od dwóch lat piszemy pisma do kierownictwa o zwiększenie obsady, piszemy o niedziałającym sprzęcie. Pierwsze pismo zaginęło w obiegu służbowym. Złożyliśmy drugie o zwiększenie obsady SOR-u – i nikt nie odpowiedział. Pisaliśmy, że nie ma u nas ochrony, bo 70-letni pan z grupą inwalidzką nie jest żadną ochroną, gdy trzeba się szarpać ze stukilogramowym osiłkiem przywiezionym nad ranem z pobliskiego klubu, a tacy trafiają się niemal w każdy weekend. Większość z nas nigdy w tym klubie nie była, ale jego adres znamy na pamięć. Pijani, znarkotyzowani, agresywni, bo ochrona klubu potraktowała ich nie tak, jak chcieli, i postanawiają wyrównać straty na ratowniku w szpitalu albo na pielęgniarce, która przyjmowała się na SOR jako pielęgniarka, a nie zapaśniczka. Kiedy prosimy o pomoc naszą ochronę, to częściej wywołuje to salwę śmiechu niż respekt. Ostatnio doszło już do tego, że ci starsi panowie na koszulkach nie mają już napisu „Ochrona” tylko „Portier WIM”. Pisaliśmy, prosiliśmy o ochronę – i cisza. Do kogo mam mieć pretensję? Do kierownika szpitala? Podejrzewam, że gdyby miał pieniądze na wynajęcie profesjonalnej ochrony, to będąc świadom, co się dzieje na SOR-ach, taką by wynajął. Podobnie z brakami personelu. Do kogo mogę mieć pretensje, że jest nas siedem osób zamiast 12? Do oddziałowej? Jakby mogła, toby przyjęła ludzi. Mamy wakaty. W każdej chwili może pani przyjść się do nas zatrudnić.
Nie szkodzi, szybko się pani nauczy. Gdyby oddziałowa mogła dać ludziom pieniądze, które skłoniłyby ich do wykonywania tej pracy, wakatów by nie było. Gdyby jeszcze mogła wybierać i dzięki temu przyjąć doświadczonych, a nie ludzi po szkole, za których przez pierwsze trzy miesiące trzeba pracować, to praca byłaby sprawniejsza.
Ratowniczych kilka. Jeden już po dwóch tygodniach przyniósł zwolnienie. Niedawno przyszła do nas dziewczyna z pogotowia. Nie przepracowała nawet miesiąca. Szpital próbuje budować tzw. trauma teamy, ale jak można je budować, kiedy nie zna się osób, bo ciągle się zmieniają, ciągle ktoś się zwalnia, przychodzi nowy, którego trzeba uczyć? U nas na jedną pielęgniarkę czy ratownika jest kilkunastu pacjentów. Gdyby nasze dyżury trwały dłużej, to kończyłoby się tym, że to my byśmy lądowali pod monitorami z zawałami. Nie można mieć pretensji do tych ludzi, że się zwalniają. Trzeba być głupim, żeby tu wytrzymać. Trzeba naprawdę być fascynatem.
Byłem.
Tak, dlatego z panią rozmawiam. Nie boję się, że dyrektor mnie jutro zwolni. Nie boję się, bo już nie mam pasji. Cóż, pójdę sobie pracować do pogotowia, mogę iść na kasę do sklepu. Z wykształcenia jestem archeologiem, dwa lata pracowałem w zawodzie, potem mnie naszło, że będę ratował świat. Co ma teraz skłonić ludzi do pracy na SOR-ze? Pieniądze? Pójdzie do kliniki leczenia nadciśnienia i dostanie trzy tysiące, o 600 zł więcej niż tu. Oczywiście część ludzi przychodzi z misją i bardzo szybko się wypala. Silniejsi wytrzymują rok.
Zależy jak potraktujemy system. Strażak czy policjant, który pracuje przy ciężkim wypadku komunikacyjnym, ma po wszystkim opiekę psychologa. A ratownik, który poza wyjęciem z samochodu tego ciężko poszkodowanego musi go jeszcze zbadać, założyć wkłucia, przetransportować, na SOR-ze zadrenować lub reanimować – tej opieki psychologicznej nie ma.
Nie wiem, czy ja, bo mam w domu psychologa, moją partnerkę.
To trzeba z siebie wyrzucić, opowiedzieć, bo inaczej trudno funkcjonować. Kiedy przychodzę z dyżuru, na którym zapakowaliśmy dwa czarne worki, a pacjenci, którzy umarli, byli młodsi ode mnie, nie jestem w stanie iść na imprezę do znajomych, tylko muszę odreagować, porozmawiać. Na SOR-ze nie ma nikogo, kto się znieczulił do końca na ludzką krzywdę. Widziałem ludzi, którzy pracowali lata, ale kiedy trzeba było zapakować do worka pięciolatka, który był transportowany śmigłowcem i się zatrzymał, umarł, to ruszyło... Jeśli takie rzeczy nie ruszają ratownika, to pozostaje leczenie psychiatryczne.
99 proc. przypadków mnie nie rusza.
Nie, rozmawiamy o tym, że pacjent chce być profesjonalnie i szybko obsłużony. Nie może wymagać, żebym był w stosunku do niego empatyczny. Nawet miły nie muszę być.
Pani mówi o kulturze osobistej.
Czasem nie starcza na nią siły i energii. Zresztą wolałbym zachować siłę dla pacjenta z wypadku, którego o drugiej w nocy dotransportuje śmigłowiec, a nie użerać się z dziewczyną, którą boli brzuch, bo ma menstruację.
Nie, my też jesteśmy winni. Głównie dlatego, że nie jesteśmy automatami. Może lepiej by było, byśmy nimi byli. Wtedy nie denerwowałbym się 25. pacjentem z rzędu, któremu nic nie dolega, choć mówi, że ma ból w klatce piersiowej. A okazuje się, że jest po trzygodzinnej sesji na siłowni, wczoraj był na imprezie, a przedwczoraj wziął nowe środki odchudzające.
Może ma, choć nie sądzę. Nie jesteśmy bez winy, ale też cała wina nie może spadać na personel medyczny. To nie jest tak, że jesteśmy bogami decydującymi o przyszłości pacjenta.
To jest punkt widzenia pacjenta, który nie zna drugiej strony.
Starsi ludzie tak...
I nie dostają nic do jedzenia.
Na SOR-ze nie ma posiłków szpitalnych, choć powinny być. Ostatnio leżały u nas na sali obserwacyjnej dwie staruszki. 24 godziny. System się w takich sytuacjach wypina. Dyżurowaliśmy we trójkę, zaczęliśmy mówić oddziałowej i kierownikowi, że jest taki problem, że staruszki są same, że trzeba je nakarmić. Choć nie, wróć, najpierw próbowaliśmy przyjąć je na oddział. Pacjent jest zaaprowizowany, jeśli jest przyjęty na oddział do godz. 13. Myślimy, OK, niech leżą u nas na obserwacji, ale niech będą miały założone karty, pacjentki będą wtedy na stanie szpitala, dostaną obiad, kolację. Zjedzą, nie będzie zmartwienia. Oddziały szpitalne jednak zaczęły się bronić przed takimi rozwiązaniami, bo co będzie, jak pacjent umrze, jest przyjęty na oddział, a leży na SOR-ze i lekarz z oddziału go nie badał.
Nie, bo ma pod sobą cały przepełniony oddział z łóżkami na korytarzach. Przecież to też często inny budynek i pięć pięter wyżej. Poszliśmy do oddziałowej, żeby załatwić babciom jedzenie, skończyło się na komendancie szpitala i jego decyzją udało się dla tych pań pozyskać posiłek. Oddziałowa musiała sama im go przynieść, bo nie było do tego ludzi, a przecież wtedy nie zajmowała się swoimi obowiązkami, a od niej m.in. zależy sprawne funkcjonowanie SOR-u. Ale nie jesteśmy w stanie takich rzeczy robić zawsze. Proszę sobie wyobrazić, że jak na SOR-ze jest 15 pacjentów, przy których jesteśmy totalnie zarobieni, to nam umknie, że ktoś leży 20 godzin i nic nie jadł, bo dla mnie ten ktoś leży od godziny 7 rano, czyli od momentu, kiedy przyszedłem na dyżur.
Często nie zapytam, bo nie mam czasu. Nie mam też czasu wertować dokumentacji.
O godz. 19. Ale czy to jest moja robota, dbanie o posiłki? Pracownik socjalny jest do tego potrzebny. Jeśli chodzimy i załatwiamy obiad dla babci, to w tym czasie nie zajmujemy się chorymi, nie robimy badań kontrolnych pacjentowi z bólem w klatce piersiowej, któremu trzeba pobrać troponinę, nie podajemy leków przeciwbólowych komuś, kto cierpi np. z powodu kolki nerkowej. Leczenie realnego bólu jest jednym z priorytetów, choć przecież taki ból jak przy kolce nerkowej nie zabija... Żeby jednak pacjent otrzymał pomoc, musi czekać.
Potrzeba pięciu-sześciu minut, żeby zbadać pacjenta, zapytać o cokolwiek. No, chyba że przyjdzie ktoś z oparzeniem słonecznym. Wtedy nie odczuwam potrzeby, by kogoś takiego pytać o perystaltykę jelit, serce i inne organy. W 2012 r. była jedna prosta karta triażowa i karta zleceń, na której tylko raz się podpisywałem. Teraz są karty, na których muszę się 36 razy podpisać przy pobraniu podstawowego panelu badań. Do tego jest karta założenia wenflonu. Jeśli założę cewnik pacjentowi, to muszę wypisać kartę założenia cewnika. Jest także karta ryzyka upadku. Proszę sobie wyobrazić, że muszę ocenić, jakie jest ryzyko np. przewrócenia się przez 21-letniego pacjenta. W sumie od 30 do 40 podpisów. Mówię to po to, żeby pani zrozumiała, że zamiast zajmować się pacjentem, przez większość czasu wypełniam dokumentację.
Pacjenci nie wiedzą o tym, co się dzieje. Widzą, że dokądś chodzimy, i komentują. Ostatnio zostałem wezwany do pomocy przy pacjencie po wypadku. Obrażenia wielonarządowe, komplikacje, zagrożenie życia. Wracam i słyszę: – Co, obiadek zjedzony, gazetka przeczytana? Nie odzywam się już, spływa to po mnie.
Kiedy tu przyszedłem, to chciałem zbawiać świat.
Powołanie już straciłem. Rozumiem tych, którzy tu przychodzą, a po kilku miesiącach się zwalniają. Nie wytrzymują komentarzy kobiet z bólem menstruacyjnym.
Raport NIK mówi o tym, że ponad 90 proc. pacjentów, którzy trafiają do SOR-u, nie kwalifikuje się nawet na tzw. stronę zieloną. Więc nie ma co się oszukiwać, że w pewnym momencie przekracza się granice, przestaje się być człowiekiem, a staje się automatem, który wykonuje czynności...
Też. Przerzuca się pacjentów. Następny, następny, następny. Bez myśli żadnych. I nagle trafia się pacjent, który budzi emocje. Ostatnio był taki bezdomny, nie żaden cwaniak. Widać, że mu się noga w życiu powinęła. Podałem mu adres do noclegowni z izbą chorych. Mam nadzieję, że pojechał.
Jeśli nie ma do tego wskazań, nie ma możliwości, by zostać w szpitalu. Oczywiście większość bezdomnych wolałaby przeleżeć w szpitalu na przykład ze złamaną nogą.
Nie minęła się z prawdą. Często mam wrażenie, że w tym kraju opłaca się być niebieskim ptakiem. Zwłaszcza że przeciętny człowiek płaci za swoje usługi, a oni nie, z nich pieniądze za usługi medyczne są nieściągalne. Oczywiście wystawiamy im rachunek, tak pro forma. Pamiętam, że trzy albo cztery lata temu rekordzista miał w ciągu jednego roku 32 tomografie. A i tak liczone są tylko te, kiedy był zarejestrowany pod swoim nazwiskiem, a nie jako NN. Takim pacjentom można by wydawać VIP karty.
12 godzin. Nie mamy możliwości dyżurów dobowych. Lekarze dyżurują w systemie dobowym.
Często tak.
Jeśli noc pozwala – tak. I to jest zrozumiałe.
Przecież często lekarze byli poprzedniego dnia w pogotowiu albo w innej pracy.
Po kilkunastu godzinach pracy udzielenie pomocy medycznej może być trudne.
Ratownik czy pielęgniarka po 10 godzinach pracy też są zmęczeni, a odpowiadają za zdrowie i życie pacjentów w trybie zombi. A przecież często dyżurujemy 24, a nawet 36 godzin, bo wracamy z innej pracy.
Zdradzę pani tajemnicę, że gdybyśmy zarabiali więcej niż 2420 zł brutto miesięcznie, to nie pracowalibyśmy po tyle godzin.
Są lekarze rezydenci, którzy zarabiają mniej niż my. Zresztą nie chcę się wypowiadać na temat lekarzy. Pracuję na etat. Jak jest dobry miesiąc i mam więcej dyżurów, to na rękę dostaję 2200 zł, to jest mniej niż w sklepie na kasie. Wiem, że pieniądze to nie wszystko. Pielęgniarka, która ma troje dzieci, musi pracować na dwa etaty, inaczej nie da rady wyżyć. Gdyby ona i jej koleżanki zaczęły pracować na jednym etacie, to okazałoby się, że nie ma kto się zajmować pacjentami. Ale praca na dwa etaty to szybsze wypalenie.
Proszę zrozumieć, że nikt z pasji nie pracuje na dwa etaty. Dobrowolnie nikt nie wybiera pracy 24 godziny z rzędu, wymusza to sytuacja. W ciągu ostatnich trzech miesięcy jeden mój kolega odszedł pracować jako kierowca wózków widłowych, drugi poszedł na pocztę. Teraz koleżanka odchodzi do wojska, wcześniej na wszelki wypadek zrobiła uprawnienia na dźwigi.
Motywacją byłaby możliwość pracy na jednym etacie. Zacznijmy zarabiać tyle, co w Lidlu, czyli 3200 zł brutto. Syn koleżanki pielęgniarki zarabia tam więcej niż ona po kilkunastu latach pracy w szpitalu.
Jeżeli ratownik jest wypoczęty, to ma lepszy stosunek do pacjenta. Jednak jeśli się nie zmieni system, to wszystko się rozleci z powodu braku personelu. Wiele osób od nas wyjeżdża do Norwegii czy Holandii.
Odzyskują empatię, o której pani tak mówi. Nie tylko z powodu pieniędzy, ale choćby dlatego, że mają windę w karetce do znoszenia ciężkiego pacjenta. Zaręczam pani, że komfort pracy wpływa na empatię wobec chorego. To system próbuje zmienić personel na etaty, a pacjentów na karty. SOR jest piekłem nie tylko dla pacjentów, jest piekłem także dla lekarzy, pielęgniarek i ratowników. Nie bez przyczyny jesteśmy na samym dole.
>>> Czytaj też: Superfood podbija Polskę. Import tych produktów szybuje w górę
