statystyki

Biurokracja w Europie: jak kraje radzą sobie z armią urzędników (mapa)

30 marca 2012, 06:40 | Aktualizacja: 01.04.2012, 10:55
Biurokracja - mapa

Biurokracja - mapaźródło: DGP

Od 2008 roku liczba urzędników wzrosła w Polsce o niemal 150 tys. i przekroczyła już milion osób. Ale są kraje, które umiały sobie poradzić z tym problemem.

Resort spraw wewnętrznych posłużył za wzór dla całej administracji. W ciągu kilku lat kadry administracji publicznej skurczyły się kilkunastokrotnie. – W pełni zmieniliśmy mentalność. To nawet nie były reformy, po prostu starliśmy całą naszą biurokrację z powierzchni ziemi – opowiadał ukraińskiej telewizji Inter wiceminister sprawiedliwości Giorgi Waszadze. Zlikwidowano setki rządowych agend, włącznie z sanepidem i inspekcją pożarową. Po części Gruzja poszła śladami dwóch generałów: Augusto Pinocheta, który po obaleniu socjalistów zlikwidował większość utworzonych przez nich urzędów, i Douglasa MacArthura, który po kapitulacji Japonii trzykrotnie rozwiązywał i od nowa rekrutował lokalną policję, aż ta zrozumiała, że czas korupcji się skończył.

Pozostałych sprywatyzować

Wyrzucenie z pracy urzędników nic by jednak nie dało bez daleko idącej deregulacji gospodarki. Wbrew złośliwemu stereotypowi urzędnicy po coś przecież w urzędach siedzą. Saakaszwili postanowił zbudować klasyczne państwo minimum. Dzisiaj założenie firmy trwa najwyżej 13 minut (to granica ustanowiona przez prawo). Załatwienie formalności związanych z kupnem nieruchomości zajmuje trzy dni. Liczba rodzajów działalności gospodarczej wymagających koncesji i licencji spadła z 909 do 144, liczba podatków – z 21 do czterech. Nowych nie można już wprowadzić bez zgody wyrażonej w referendum. Zwiększanie liczby licencji również zostało zakazane. Dzięki czystce wśród urzędników pozostałym można było podnieść pensje. Kilkunastokrotny wzrost poborów sprawia, że do pracy w agendach rządowych idą najlepiej wykształceni, najambitniejsi Gruzini. Efekt? W rankingu Doing Business Gruzja zajęła 16. miejsce w zestawieniu państw najbardziej sprzyjających inwestorom. Polska jest 62.

Inną drogą podążają Brytyjczycy. Spośród unijnej wielkiej piątki to właśnie Londyn zwolnił największą liczbę urzędników. Czystkę rozpoczął jeszcze rząd Gordona Browna. Od początku 2009 r. liczba etatów w administracji publicznej spadła o niemal 300 tys. Przez najbliższe pięć lat liczba urzędników ma się zmniejszyć o kolejne 710 tys. Gdyby tak się stało, czynownicy stanowiliby zaledwie 3,8 proc. ogółu zatrudnionych. Unijnym rekordzistą jest obecnie Finlandia ze wskaźnikiem 4,8 proc. Rząd spodziewa się, że wyrzuceni znajdą zatrudnienie w sektorze prywatnym. Rzeczywiście: w 2011 r. zatrudnienie w budżetówce (to pojęcie szersze niż administracja publiczna) spadło o 270 tys., zaś sektor prywatny stworzył w tym czasie 226 tys. nowych miejsc pracy.

Torysi Davida Camerona idą zaś o krok dalej i część obowiązków państwa zamierzają sprywatyzować. W lutym 2013 r. w dwóch angielskich hrabstwach eksperymentalnie ma zostać wdrożony program, na mocy którego część obowiązków policji przejmą firmy ochroniarskie. Chodzi nie tylko o patrolowanie osiedli czy prowadzenie księgowości, ale nawet prowadzenie śledztw, zatrzymywanie podejrzanych. Prywatni kontrahenci w ciągu siedmiu lat dostaną od 1,5 mld do 3,5 mld funtów (7,4 mld – 17,3 mld zł), zaś uczestniczące w projekcie hrabstwo West Midlands ma zredukować 2764 etaty. Dla części pracowników wypowiedzenie będziwe formalnością. Wielu będzie robić to samo, co dotychczas, tyle że jako pracownicy sektora prywatnego.

Drogą Brytyjczyków podąża Kanada. Pracę straci do 30 tys. spośród 418 tys. ludzi pracujących dla władz federalnych. Zwolnieni dostaną jednak sowite odprawy. Urzędnik z 29-letnim stażem może liczyć na 82-krotność wynagrodzenia. Średnia pensja w sektorze administracji centralnej wynosi ponad 1,1 tys. dolarów kanadyjskich (13,8 tys. zł), a więc w sumie chodzi o niebagatelną kwotę 90,9 tys. miejscowych dolarów (283,6 tys. zł). Osoby z najkrótszym, rocznym stażem otrzymają sześciokrotność miesięcznego wynagrodzenia. Zmiany mają przynieść 86 mln lokalnych dolarów (270 mln zł) oszczędności. Rząd planuje, że część pracowników odejdzie dobrowolnie. – Na miejsce zwalnianych etatów nie przyjmiemy nikogo nowego, chyba że mogłoby to zagrozić kluczowym obszarom działalności państwa – zapewniał minister finansów Blaine Higgs.

Urzędnicy już szykują protesty. Każda tego typu zapowiedź jest bowiem zarazem zapowiedzią konfliktu władz z dużą i wpływową grupą społeczną. Zwycięstwo rządu zależy od determinacji i zdolności przekonania reszty społeczeństwa, że proponowane zmiany są konieczne i korzystne. Wygrywają tylko najsilniejsi.

  • Wyślij
  • Drukuj
Źródło:Dziennik Gazeta Prawna
  • Drukuj
  • 4
  • Wyślij

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Komentarze: 4

  • 1: paweł z IP: 89.228.138.* (2013-08-28 11:16)

    ja to bym ich wszystkich powypierdalał

  • 2: forum kredytowe z IP: 193.26.131.* (2013-08-30 21:35)

    To jest to tzw. tanie Państwo

  • 3: Marek z IP: 93.154.222.* (2013-10-03 05:05)

    Żyjemy w urzędniczym szambie !

  • 4: barti29 z IP: 86.7.214.* (2014-08-26 02:03)

    Jest tylko jedna partia, która chce zmniejszenia biurokracji... Kongres Nowej Prawicy Korwin-Mikkego!

Polecamy

Wiadomości branżowe

Tylko na Forsal.pl

Infografiki, wykresy, mapy

Opinie

Najnowsze galerie »

wszystkie »

Finansopedia forsal.pl

popularnenajnowsze