Służba zdrowia jest niedroga i dostępna. Jednocześnie powolna i z pewnością nie tak nowoczesna jak u sąsiadów z południa.

Liberalizm nigdzie nie zapuścił korzeni tak głęboko jak w amerykańskim systemie opieki medycznej. Panuje tam, nomen omen, prawdziwa wolnaamerykanka: jeśli masz miliony, stać cię na wszystko, ale gorzej, gdy masz tylko tysiące. Jako alternatywę dla rozwiązań z USA wskazuje się to z sąsiedniej Kanady. Tam służba zdrowia jest niemal w całości finansowana przez państwo, a ceny za zabiegi nawet kilkunastokrotnie niższe niż w Stanach Zjednoczonych.

Ale na początek jeszcze trochę o USA. Setki milionów obywateli są obsługiwane przez tysiące prywatnych ubezpieczycieli oraz jeszcze więcej szpitali. Ten tłok sprawia, że tamtejsze kliniki należą do najnowocześniejszych na świecie, zaś produkcja leków i technologie medyczne stały się kopalnią złota. Do amerykańskich firm należą prawa patentowe do większości nowości farmaceutycznych, to naukowcy z USA są odpowiedzialni za 80 proc. światowych badań w dziedzinie biotechnologii. Produkcja medyczna to jeden z najważniejszych składników amerykańskiego eksportu. W samym tylko 2012 r. – podaje Departament Handlu – ich sprzedaż przyniosła ok. 44,2 mld dol.

>>> Czytaj więcej o opiece medycznej w Stanach Zjednoczonych

Największym konsumentem amerykańskich nowości medycznych pozostają jednak krajowe szpitale. W efekcie pacjenci w USA mają do dyspozycji czterokrotnie więcej urządzeń do rezonansu magnetycznego w przeliczeniu na mieszkańca niż np. w Wielkiej Brytanii; podobnie jest z tomografami. Jednak amerykańska sielanka ma swoje brzydkie oblicze. Działalność takiej liczby podmiotów na rynku kosztuje krocie. Jak wynika z badań International Federation of Health Plans (prywatnej organizacji skupiającej ponad 100 ubezpieczycieli z całego świata), system zdrowotny w USA jest najdroższy na świecie. Jeden dzień hospitalizacji w 2012 r. kosztował za oceanem 4,3 tys. dol. To ponadczterokrotnie więcej niż we Francji i czternaście razy więcej niż w Polsce.

Reklama

Skromne budżety

I tu wracamy do Kanady: w porównaniu do USA panuje w niej prawdziwa komuna. Ponad 70 proc. kosztów funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej opłaca państwo. Ale to nie Ottawa głowi się nad tym, skąd wziąć pieniądze na rachunki, lecz poszczególne prowincje (regiony zapewniają ponad 80 proc. finansowania systemu). W dodatku prawo gwarantuje bezpłatny dostęp do opieki zdrowotnej każdemu obywatelowi bez względu na płeć, wiek, zatrudnienie czy stan zdrowia. Z państwowej kasy opłacane są najważniejsze usługi medyczne. Z własnej kieszeni Kanadyjczycy muszą płacić za takie „fanaberie”, jak: leczenie zębów czy wizyta u fizjoterapeuty.

Choć Kanadyjczycy dorzucają się do finansowania służby zdrowia o wiele mniej niż Amerykanie, to utrzymanie systemu jest o wiele tańsze. Z danych OECD wynika, że w 2011 r. amerykański budżet wyłożył na służbę zdrowia 8 proc. PKB (całość łącznie z wydatkami prywatnymi wyniosła 17 proc. PKB – w sumie 2,6 bln dol.), a Kanadyjczycy niewiele ponad 7 proc. PKB (w sumie 10,6 proc. PKB – czyli 182 mld dol.). – Dzieje się tak dlatego, że rząd kontroluje niemal całą służbę zdrowia – mówi DGP Johan Hjertqvist, szef ośrodka Health Consumer Powerhouse, który co roku przygotowuje ocenę systemów opieki medycznej państw Zachodu.

Centrala trzyma w ryzach nie tylko budżety zdrowotne w poszczególnych prowincjach, lecz także wynagrodzenia lekarzy, z których większość pracuje w prywatnych przychodniach i klinikach – m.in. co roku wyceniane są wszystkie usługi. Ponadto rząd nie dopuszcza, by prywatny sektor pobierał opłaty za zabiegi, które zostały wpisane na państwową listę zabiegów darmowych. Za złamanie prawa lekarzowi grozi więzienie. Może się tak stać nawet w tym przypadku, gdy pieniądze za usługę zaproponuje sam chory.

>>> Czytaj również: Realne dochody Polaków spadają, a wydatki na zdrowie rosną

– Wszystko to powoduje, że ceny zabiegów rosną w umiarkowanym tempie i są tańsze niż w Stanach Zjednoczonych – tłumaczy Hjertqvist. Rutynowa wizyta u specjalisty kosztuje w Kanadzie średnio trzykrotnie mniej (ok. 30 dol.) niż w USA. Wycięcie wyrostka robaczkowego kosztuje w Kanadzie 400 dol., tymczasem w USA za taki zabieg trzeba zapłacić średnio ponad tysiąc dolarów. Drastyczne różnice pojawiają się w przypadku usług diagnostycznych: angiografia (badanie naczyń krwionośnych) kosztuje w USA średnio ponad 900 dol., tymczasem w Kanadzie 35 dol.

Doczekać operacji

Taniość i dostępność są głównymi zaletami kanadyjskiej służby zdrowia. – Ale zwolennicy takiego rozwiązania muszą pamiętać o tym, że funkcjonowanie systemu nie jest pozbawione wad. Do głównych słabości należy powolność – wskazuje Hjertqvist. – Kanada to kraj, w którym psy mogą mieć wymieniony staw biodrowy w ciągu tygodnia, a ludzie czekają na ten zabieg dwa czy trzy lata – tak działalność państwowej machiny zdrowotnej opisuje słynny kanadyjski ortopeda i zwolennik prywatnej służby zdrowia Brian Day.

Gigantyczne kolejki do lekarzy to prawdziwa pięta achillesowa całego systemu. Z obliczeń OECD wynika, że aż jedna czwarta kanadyjskich pacjentów czeka na operację cztery miesiące i dłużej. Tymczasem w sąsiednich Stanach Zjednoczonych odsetek takich osób wynosi zaledwie 7 proc. Odciążyć państwowej służby zdrowia nie pomogła także informatyzacja szpitali. Jak wynika z badań amerykańskiej fundacji Commonwealth Fund, przeprowadzonych wśród dziesięciu najzdrowszych nacji, kanadyjscy lekarze wypadli najgorzej w kategorii kontaktowania się z pacjentami drogą e-mailową. Podobnie sprawy mają się z umawianiem wizyt i wypisywaniem recept przez internet.

Co wybrać – tani, ale powolny system Kanady czy poprzestać na kosmetycznych reformach Obamacare, które utrzymają przy życiu supernowoczesną i wolnorynkową, ale nieuchronnie drogą służbę zdrowia w USA. Taki wybór stoi przez Amerykanami. A może rozwiązania należy poszukać w Europie?

>>> Czytaj również: Kontrakty z NFZ: nowi gracze nic nie dostaną