Rząd Angeli Merkel, decydując się w 2011 r. na stopniowe odchodzenie od energetyki jądrowej, planował, by zastąpiły ją energia wiatrowa, słoneczna czy pochodząca z biomasy. Szczególnie że Niemcy są jednym z liderów w produkcji paneli słonecznych i turbin wiatrowych. Przechodzenie na zielone źródła energii okazało się jednak znacznie trudniejsze, niż zakładano. Ze wstępnych danych wynika, że w zeszłym roku produkcja energii z węgla brunatnego wyniosła 162 mld kWh – podała branżowa organizacja AGEB, która m.in. sporządza bilans energetyczny Niemiec. To oznacza najwyższy poziom od 1990 r., gdy działało jeszcze wiele starych elektrowni w byłej NRD. Co nie oznacza, że węgiel brunatny jest wyłącznie domeną wschodnich landów. Wiele przestarzałych zakładów zostało zamkniętych, ale powstają nowe odkrywki, a przy nich nowe elektrownie – także w zachodniej części kraju. Niemcy są największym na świecie producentem węgla brunatnego, a ten jest od siedmiu lat najważniejszym źródłem energii – jego udział w bilansie energetycznym kraju przekracza obecnie 25 proc. Przy okazji – o prawie 8 mld kWh – zwiększyła się w zeszłym roku produkcja energii z węgla kamiennego, choć w bilansie energetycznym nadal zajmuje on trzecie miejsce.

>>> Czytaj również: Polska emituje mniej gazów cieplarnianych na osobę niż Holandia

Problem w tym, że węgiel brunatny jest bardzo szkodliwy dla środowiska. Kopalnie odkrywkowe, które są jedynym sposobem wydobywania tego surowca, zmieniają ogromne połacie terenu w nieużytki, zaś produkowanie energii z węgla brunatnego jest pod względem emisji dwutlenku węgla ponaddwukrotnie bardziej szkodliwe niż np. w przypadku gazu ziemnego. Trudno zatem oczekiwać, że Niemcy zrealizują plany obniżenia emisji dwutlenku węgla. – Ci, którzy poważnie myślą o ochronie klimatu, muszą doprowadzić do tego, żeby z węgla brunatnego pochodziło coraz mniej energii – skomentowała deputowana Zielonych Baerbel Hoehn.

Ale zmniejszenie udziału węgla brunatnego w bilansie energetycznym wcale nie będzie łatwe i to, że stanowi on w nim największą pozycję, nie jest głównym problemem. Po pierwsze, w kopalniach i elektrowniach przetwarzających węgiel brunatny oraz w zakładach z nimi współpracujących zatrudnionych jest ok. 20 tys. osób, więc mniej więcej tyle osób straciłoby pracę. Po drugie, odejście od węgla brunatnego uderzyłoby w niemieckie koncerny energetyczne. Ten surowiec jest źródłem 36 proc. energii produkowanej przez RWE i 31 proc. przez niemiecki oddział Vattenfallu. Co więcej, nie mają one zbyt wielkiej motywacji do zastępowania go innymi źródłami energii, bo ceny emisji dwutlenku węgla – które miały być batem na koncerny energetyczne – są na wyjątkowo niskim poziomie. Cena certyfikatu pozwalającego na emisję tony dwutlenku węgla, która w założeniu miała wynosić 17 euro, w zeszłym roku spadła do 5 euro. Po trzecie, powstaje pytanie, czym ewentualnie go zastąpić. Wprawdzie udział odnawialnych źródeł energii wzrasta i niedługo też dojdzie do 25 proc., ale jest ona znacznie droższa od energii z węgla brunatnego. Ta ostatnia jest bowiem najbardziej dochodowa – według szacunków niemieckie elektrownie na każdej megawatogodzinie energii z węgla brunatnego zarabiają 20 euro, czyli dwukrotnie więcej niż w przypadku węgla kamiennego. Nie mówiąc już o pozostałych źródłach. Na przejście z brunatnej energii na zieloną trzeba będzie zatem jeszcze trochę poczekać.

Reklama

>>> Polecamy: KE ostrzega Niemcy: płatne autostrady to dyskryminacja obcokrajowców